piątek, 23 października 2015

Noc i Płomień.

Cienka, srebrzysta wstęga przecinała czarne masywy górskie, których wierzchołki zanikały w puszystej, szarej mgle. Zdać by się mogło, ze te strzeliste ostrza wbijają się w sam firmament, a srebrne potoki krwi niebieskiego ogromu spływają po nich, tworząc wodospady i jeziorka znad których unosiły się teraz kłęby pary. To wszystko tworzyło obraz piękny, ale i przerażający w swej mocy. Dzieło natury, które leniwie, acz w widoczny sposób przypominało o swoim istnieniu. Czarne góry Kugera'l sprowadziły noc nad gęstym lasem Akr'asvit, ojczyzna istot, które zrodziły sie z czystej magii, energii, czegoś tak potężnego, ze tylko masywy czarnych skal zdawały się trzymać je w ryzach. Tu doszło do czegoś idealnego w swej formie, do połączenia. Połączenia tak ścisłego i nierozerwalnego, ze nic nie zdało się równać z jego mocą. Nawet dzika i rozszalała natura czarnych smoków z równie barwnych gór.
Srebrzyste ostrza gwiezdnych igieł przebijały grubą, granatową kotarę nieba, która tylko na horyzoncie pociągnięta była różem, niczym kołnierz kochanka barwioną pomadką. Misterny wzór piął się po ciemnym sklepieniu niczym martwe, zbielałe drzewo, rozciągające swe ramiona i oplatające bezmiar niczym opiekuńcze dłonie matki. Całe zakumulowane dniem ciepło, uciekało teraz niewidocznymi wstęgami, eterycznymi i zwiewnymi jak smukłe tancerki, gnące się niczym wodne lilie.
Całe miasto spało, tylko jeden, pokraczny budynek brzęczał niczym ul. Z małych, kwadratowych szybek bił złocisty blask nieustanie przerywany przez zebranych w karczmie ludzi. Słychać było stukot kufli, perliste śmiechy prostych dziewcząt i basowe rozmowy mężczyzn. Pośród zgiełku, w kącie, siedziała ciemna postać ukryta pod lekkim płaszczem, z twarzą skrytą w cieniu kaptura. Poły czarnego, delikatnego materiału rozlały się wokół prostego, ciosanego stołka, wyglądając niczym strumienie mrocznej wody spływającej z pleców przybysza.
Gruba, krzywa świeca unosiła mały, żółty płomyk. Ciężkie krople łoju kapały na drewniany świecznik pozostawiając na nim grubą warstwę lśniącego oleju. Nagle postać drgnęła, poruszyła się jakby przerywając niespokojny sen. Spod stołu wyłoniły się dwie, smukłe, blade dłonie. Prawy nadgarstek obwiązany był prostym rzemieniem, podobnie jak kciuk, na którym lśnił dziwny, zdobiony runami pierścień. Zdać by się mogło, że runy migoczą jaskrawym błękitem, ale gdy tylko spojrzenie pochwyciło ten blask, umierał on, a srebro znów pozostawało martwe i zimne.
  - Dwa denary - przesadnie słodziutki głos rozedrgał się gdzieś przy jej uchu, przebijając ogólny chaos.
Na nieheblowanym, wyszorowanym stole wylądował prosty kielich, na którego szklanych ściankach zagrało światło. W jego wnętrznościach zaśpiewał bursztynowy płyn, którego kropla upadła na bladą skórę dłoni nieznajomej. Kobieta uniosła górną wargę, acz ten pełen nerwowości gest skryły poły materiału.

***

Gorszego rumu nie piła w swoim całym życiu. Nawet wtedy, gdy cięła fale wraz z załogą Korhala, którego dumną burtę zdobił srebrny wąż. Cicho jeszcze mruczała pod nosem i gładziła sinym językiem zęby, próbując pozbyć się natrętnego smaku, gdy zagłębiała się w ostępy ciemnej puszczy.

***

Jaskrawy rozbłysk światła, które dziwnie materialne, rozlały się wokół gęstwiny. To piekielne gorąco i ten ryk. Dziki, drapieżny. Nieznoszący sprzeciwu, nie proszący o argumentację. Wyrok.

***

  - 'Niedługo ujrzymy Białe Mury.' - ten piżmowy szept, szeleszczący, mruczący, ale dziwnie melodyjny, wręcz śpiewny. Ten dziwny miarowy dźwięk młóconego powietrza i ten śmiech. Ciepły, ale jednocześnie ostry niczym odłamki lodu.

***

Pogrążona we śnie ciemna polanka, którą wstęgą oplatał szemrzący strumień. Wielka skała pośrodku. Czarna skała. Poruszała się? Ten dudniący oddech wielkiego stworzenia. Tuż obok cichy śpiew. Słodki, ale chłodny. Podniosły, niemal patetyczny. Kołysanka. Blada dłoń na ciemnej skale. Płomienna poświata, niczym języki ognia rozlana wokół brzoskwiniowej, piegowatej twarzyczki.
  - Witaj w domu bestio - świst i grzmot. Perlisty śmiech.


SHYAEL
[charliebowater]

Imię: Shyael
Wiek: Zapomniany, acz jest to młoda elfka, która niedawno znalazła swój żywot.
Płeć: Kobieta
Rasa: Elfka z niedużą domieszką ludzkiej krwi
Wygląd: Nie można jednoznacznie określić jej aparycji. Na pierwszy rzut oka dostrzec można niezwykłą finezję, gibkość, niemal kocie ruchy, często urwane, gwałtowne, acz piękne. Po smukłym ciele spływa kaskada płomiennorudych włosów, które odmawiają sobie statycznego bytu, pnąc się, wijąc niczym żywe stworzenie zupełnie niezależne od elfki. Usta ma pąsowe, pełne, wygięte w nieraz cynicznym, nieraz ciepłym uśmieszku. Wystające kości policzkowe nadają jej wyniosły wygląd, a surowe rysy twarzy łagodzą nieco roziskrzone oczy,które mimo ciepłego kolorytu pozostają zimne, tajemnicze i zamknięte, jakby ich właścicielka bała się, że ktoś przez ich kotarę dojrzy jej prawdziwe jestestwo. Blada skóra jest gładka i lekko migocze, w takt błysków pierza elfki, które zazwyczaj przecina lodowe, gładkie czoło kilkoma czerwonymi kosmykami. Ubiera się niemal po męsku, nie zwracając uwagi na widoczność swojej sylwetki. Czasem błyśnie nagim udem, piersią, gdy sznurowanie koszuli rozpręży się pod wpływem gwałtownych ruchów, czy zwyczajnej niedbałości. Potrafi ukazać się w sukni, gdy tego wymaga sytuacja, jednak na co dzień wybiera wygodne odzienie, nie przejmując się opinią osób postronnych. Jej pojawienie zwiastują chłód i kontrastujące z nim wonie cynamonu, spiżu i wanilii, zawsze wyczuwalne, zawsze silne, niemal upajające z nutą czerwonego pieprzu i jałowca.
Umiejętności: Posiada znakomite wyszkolenie bojowe oraz jeździeckie. Potrafi posługiwać się magią na zadowalającym poziomie, gnąc się jednak w stronę czarnej mocy. Jest świetną łuczniczką i właśnie tym niebywałym talentem kierowała się wybierając swoje miejsce w hierarchii Zakonu. Niezwykle bystra, pojętna.
Broń: Czarny Łuk Ser'avir, którego historia i pochodzenie pozostają tajemnicą. Jednoręczny, smukły miecz, zwany Merglinem.
Zdolności specjalne: Na razie pozostają ukryte, choć najstarsze dęby lasu Akr'asvit szumią o naznaczonym, płomiennym dziecku.
Charakter: Trudny. Nie da się go jednoznacznie określić. Jej nastroje zmieniają się niczym jesienne niebo. Nieufna. Jednym razem gnie się w takt muzyki, śmiejąc niczym małe dziecko, a innym razem siedzi samotnie, schowana, reagując niebywałą wręcz agresją na nieproszonych gości. Jej oczy zawsze lśnią lekką ironią, a usta znaczy gorzki smak cynizmu. Czasem agresywna, niecierpliwa, nerwowa. Kapryśna niczym młode źrebie. Jej temperament jest równie płomienny jak jej włosy, co zazwyczaj bywa przyczyną wielu problemów. Wierna, choć tylko wtedy, gdy zaufa. Nigdy z poczucia obowiązku. Ma trudności
z podporządkowaniem się wyższym, choć jest w stanie to zrobić, nie bez niezadowolenia jednak. Uwielbia szukać miejsc, których nie skaziła obecność innych, tych, które dziewicze, dzikie, potrafią zapanować nad jej temperamentem, nie korząc się przed niszczycielską siłą, którą w sobie tłamsi. Wieczorami wertuje stare, pozornie nieprzydatne księgi z wypiekami na twarzy rozszerzając swoją wiedzę, budując tezy i obalając stereotypowe twierdzenia. Uwielbia sprawdzać się w dyskusji z pozornie bardziej doświadczonymi osobistościami, porażka zmuszą ją tylko do ponownej analizy założeń. Potrafi tkwić w jednym ze swych zakamarków kilkanaście dni, nie dopuszczając do siebie nikogo. Marzyć, śnić?
Do sfery miłosnej podchodzi bardzo ostrożnie. Domieszka człowieczeństwa, która trawi jej krew nie pozostawiła ją obojętną na rozkosze cielesne, które przedkłada nad uczucia. Miłość, czy zwykłe przywiązanie to najwyższa nagroda, jaką może obdarować innych, toteż pozostawia je skrzętnie zamknięte w skrzyni kolejnych gorących i krótkotrwałych romansów, jednorazowych przygód, czy zwykłego rozpalonego spojrzenia wyłapującego oczy mężczyzny, który potrafił w jakiś sposób zmącić jej spokój i spowodować rozkoszny dreszcz Płomiennej.
Hierarchia: Łowca, skrytobójca.
Historia: Pozostaje jej tajemnicą. [W przygotowaniu].


NIMRONYN
  [LordHannu]


Imię: Nimronyn
Wiek: Młody smok, zbyt młody, aby określić jego role we wspólnym żywocie tych dwóch podobnych, a jakże innych istot. Niedawno dopiero złączony z Płomiennym Dzieckiem.
Płeć: Smoczyca
Rasa: Czarny smok kanionów Kugera'lu.
Wygląd: Potężna, czarna,która mimo swej masy, pozostaje gibka niczym kocie.Wielkie, bystre, ale wyraźnie dzikie oczy lśnią, niczym gwiezdny pył usypany w szklanej kuli. Pazury czarne, niczym grafit i białe kły migoczą, niczym chitynowe pancerzyki chrząszczy w bezgwiezdną noc. Muskularne, ale równocześnie niezwykle zwiewne skrzydła otulone są krwistymi membranami, które są delikatne poruszają się w takt melodii znanej tylko smoczycy, niekiedy słyszalnej, innym razem zupełnie milczącej, ale zawsze wyczuwalnej, unoszącej się niczym mgiełka pachnideł hinduskiej tancerki. W dotyku są miękkie, niczym jedwab, ale gorące, wręcz parzą delikatne dłonie. Sieć czarnych żyłek oplata je nierozerwalną siecią,która migocze i skrzy się jak śnieg. Cały, pokryty matową, czarną łuską, grzbiet pokrywa kościsty grzebień, który kończy się na czubku ogona, niczym zewnętrzny kręgosłup. To jedna ze śmiercionośnych broni smoków z gór Kugera'lu. Cały krez, który w razie potrzeby potrafi unieść się ku górze, niczym u zjeżonego kota, zawiera w sobie jad, który paraliżuje ofiarę oddziałując na jej układ nerwowy. Ta neurotoksyna jest jednym z największych broni smoczycy, która skrzętnie ów dar ukrywa, aby posiadać przewagę, która często bywa decydująca w starciu z silniejszym wrogiem. Metaliczna, czarna niczym niebo w październikową noc, gęsta ciecz to znak rozpoznawczy smoków z tych niedostępnych ostępów lasu Akr'asvit. Smukły łeb okrywa woalka kolców, które potrafią być równie niebezpiecznie jak szable kłów, wysuwające się z przerażającej paszczy.
Charakter: Ktoś, kto nie ujrzy jej stąpającej wraz z elfką lub też niosącej na swym grzbiecie Płomienną, pomyśli zapewne iż to dziki smok. Głębokie, mroczne, a zarazem niezwykle mocne ślepia lśnią wśród czarnych łusek, niczym bursztyny wśród sadzy, a moc owych ocząt jest niezwykła, bowiem zawiera w sobie całą mądrość, dzikość i piękno smoczego gatunku. Nimronyn jest bardzo nieufnym smokiem, który reaguje bardzo gwałtownie, pozostawiając po sobie zniszczenie. Pojętna, niezwykle bystra, ale zazwyczaj skąpo dzieląca się swoimi przemyśleniami młoda smoczyca. Odzywająca się niechętnie, choć uważnie śledząca otoczenie, wyrabiająca sobie opinie na podstawie obserwacji. Opiekuńcza w stosunku do Shyael, choć surowa. Bezwzględna dla przeciwników oraz osób zagrażających jej małemu życiu z centrum w oczach elfki. Bardzo rzadko łasi się niczym małe smoczęcie, którym tak niedawno była, figluje, bywa zaczepna i niesforna, wtedy potrzeba silnej osoby, która doprowadzi ją do porządku. Waha się miedzy tymi dwoma torami zachowań, będąc dzięki nim nieprzewidywalna, a co za tym idzie niebezpieczna.
Umiejętności: Jest znakomitą pływaczką. Świetnie lata, opanowała większość figur i przydatnych zwodów, przeszła szkolenie z rąk najstarszych dębów lasu Akr'asvit.
Zdolności specjalne: Na razie ukryte.
Hierarchia: Łowca, Skrytobójca.
Historia: Związana z jeźdźcem. [W przygotowaniu].

[Notka znajoma, prawda? Bo Melathion i Nemeyeth to moje poprzednie postaci, których prawie wcale nie rozwinęłam, a bardzo się do nich przyzwyczaiłam, prawie cała historia przeleżała gdzieś w mojej głowie. Dopiero dziś odkryłam, że ten post nie zaginął, że jest tu nadal. Dlatego jeżeli to nie problem, to chciałabym przechrzcić je na Shyael i Nimronyn, by jednak nie sugerować się tym co było przedtem, dać temu nowy początek, ale w starych ramach. Jeżeli oczywiście Starszyzna doszuka się tu problemu, odmówi takiego rozwiązania tej sprawy, to oczywiście post zniknie, a powstanie zupełnie inny. Jednak mój sentyment do Płomiennej i Czarnej został. Czekam zatem na werdykt. Ashe.]


środa, 21 października 2015

Nieznane konstelacje; cz. II


[Jeźdźcy i smoki! Przyznaję się bez bicia - pisanie tej misji szło mi jak krew z nosa. To czuć jak się czyta. Jest mnóstwo błędów, nieścisłości, przydługawych opisów i mało akcji. Przepraszam za to, ale mimo licznych prób poprawiania... "miało być złote miasto, a wyszła zwykła wioska" - cytując Quentina :) Aha, no i w tej notce używałam zamiennie określenia nimfy i driady, a skapnęłam się, że to robię dopiero po połowie historii, to nie zmieniałam już... Przed czytaniem zalecam przypomnienie bądź zapoznanie się z I częścią notki, którą - o zgrozo - opublikowałam już dość dawno...
Nieznane konstelacje - cz. I
...ze wstępem do karty postaci Malgrana i Eldara:
Malgran i Eldar
...oraz z treścią misji:
Misja
Mimo wszystko życzę miłej lektury :) Jest sporo niewiadomych, ale cierpliwości, ta misja to dopiero wstęp do dłuższej historii...]



   Mały przewodnik poprowadził ich w to samo miejsce, z którego zostali zmuszeni zawrócić. Almariel rozejrzała się wokół. Strzał już nie było, ale i nikt nie wyszedł im na spotkanie. Ptak odleciał w stronę koron drzew, znikając im z oczu. Mulkher zawarczał gardłowo, złapał zębami dużą drzazgę, która wbiła mu się w łapę i ją wyciągnął. Jeźdźczyni pospieszyła mu z pomocą i poczęła oczyszczać mu bok.
- „Lepiej dla nimf, by się zdecydowały. Nie będę znowu tu się pchał, bo zamienię się w drzewca.” - zaburczał, puszczając z nozdrzy siwą salwę dymu. Demonica wpierw zmierzyła smoka zdziwionym spojrzeniem, po czym pokręciła głową z przekąsem, wyrzuciwszy w trawę garść drzewnych szpil.
- Skoro przeprawa przez las była dla Ciebie takim problemem, smoku, jak poradzisz sobie z zadaniem, które na was czeka…?
   Nieznajomy głos uprzedził odpowiedź Almariel. Srebrne ślepia z trudem wyłowiły zarys smukłej sylwetki wśród drzew. Driada miała długie włosy w odcieniu mysiego blondu i brązowe, nieufne oczy. Jej twarz i ciało zdobiły pasiaste, ciemnozielone wzory dla kamuflażu, ubrana była w roślinną odzież, podobną do tej, którą nosiła Sir’ca.
- Chodźcie za mną. O ile to nie za trudne - kobieta prychnęła, po czym obróciła się na pięcie i ruszyła znaną tylko sobie ścieżką.
   Ciałem Czarnego wstrząsnęło basowe warknięcie. Wraz z Almariel pospiesznie podążyli za driadą, w obawie przed straceniem jej z oczu.
- ’ „Chyba nas nie lubią, co?” ’ - ponury komentarz zabrzmiał łagodnie w umyśle niebieskookiej.
- ’ Może nie lubią drzewców. ’
 - ‘ „Ammalvi, wyostrzył Ci się język…” ‘
- ‘ Ćśś, szybciej, bo ją zgubimy… ‘
   Nieznajoma kluczyła wśród gęstwin ze sprawnością lisicy, często w ostatniej chwili zmieniając kierunek. Narzuciła szybkie tempo, przez co Almariel miała trudności z nadążeniem za nią, nie wspominając już o Mulkherze.  Smok był wyraźnie zniecierpliwiony, bowiem rzucał drapiącym go gałęziom gniewne spojrzenia i powarkiwał, gdy zostawał zmuszony do taranowania roślinności swoim topornym cielskiem. W chwilach złości jego ślepia rozpalały się żółtym blaskiem niczym zbudzona gwiazda, a pysk rozwierał się co i rusz, ukazując imponujący wachlarz kłów. Widok wielkiej, czarnej, rozeźlonej bestii przedzierającej się przez królestwo drzew z rosnącą zaciętością, napawał pierwotnym strachem przed największym drapieżcą. Demonica trzymała się rosłego cienia towarzysza, przemykając między wszelkimi przeszkodami, jakoby odruchowo uchylając się od drzazg odłupywanych przez cielsko gada. Ów działanie mamiło wzrok wszelkich obserwatorów, upodobniając kobietę do nierzeczywistego ducha, przywołanego ciekawością nieznajomym hałasem.
   W końcu dzikie gęstwiny poczęły się przerzedzać, a las z każdym krokiem stawał się bardziej przyjazny. W miejscu, w którym się znaleźli, nie istniała późna, zimna jesień. Dywany krótkiej, zielonej trawy widocznie wyznaczały ścieżki, a po bokach, na niewielkich polankach, bezwstydnie wdzięczyły się kolorowe kwiaty. Drzewa były wysokie i zdrowe, ich rozległe korony przysłaniały szare niebo. Almariel zerknęła ku górze. Chyba zaczęło padać, bo na liściach osadziły się krople, choć żadna z nich nie skapnęła im na głowy. Smok sapnął z wyraźną ulgą, gdy stanął na miękkiej trawie.
   Te nimfy i driady, które ośmieliły się opuścić swe bezpieczne schronienia wśród koron, rzucały im nieufne spojrzenia. Nie byli tu mile widziani. Wzbudzali strach. W końcu i przewodniczka ich opuściła, przed odejściem wskazawszy bez słowa na dwie postaci rysujące się w oddali. Stały przy wielce imponującym drzewie, wiekowym dębie, którego korzenie w jednym miejscu splatały się w wysokie siedzisko, przy ciemnej dziupli umiejscowionej nieco z boku. Kiedy zbliżyli się, ujrzeli wysoką, białowłosą kobietę, której głowę zdobiła korona stworzona z cieniutkich gałązek, splecionych w misterny sposób, tu i ówdzie kwitnących drobnym, białym kwieciem. Towarzyszyła jej o głowę niższa siostra, o włosach koloru złota, ubrana w lekką, skórzaną zbroję, uzbrojona w łuk. Rozmawiały o czymś, prawdopodobnie się spierały, bo choć mówiły w nieznanym języku, podniesione głosy i gestykulacja mówiły same za siebie. Gdy zauważyły gości, umilkły natychmiast. Strażniczka zasłoniła swoją panią i zgromiła przybyłych nieprzyjaznym spojrzeniem.
- Nie powinno was tu być. Śmierć idzie krok za wami, czuję ją w waszych cieniach...
- Reiza! - wysoka nimfa zawołała ostro, przywołując swoją towarzyszkę do porządku - Odejdź, już.
   Złotowłosa nie odważyła się powiedzieć ani słowa więcej, jedynie odwróciła się do swojej pani, ukłoniła z szacunkiem i podążyła w swoją stronę.
   Królowa spojrzała na nich intensywnym, niebieskim spojrzeniem, zdającym się przewiercać ich na wskroś; jej twarz była nieodgadniona, niczym zaklęta. Miała elegancki, lekki chód, poły srebrzystej sukni ciągnęły się za nią, w towarzystwie cichego szelestu.
- Wysłannicy Ordo Corvus Albus, smoczego Zakonu, strażnika naszych królestw... - jej głos brzmiał donośnie i silnie wśród drzew; na jego dźwięk cała kraina ucichła - Witam was. Jestem Elsphea, Pani Rzeki, opiekuję się tą ziemią - to powiedziawszy, z gracją uchyliła głowy. Almariel i Mulkher odwzajemnili gest.
- Czcigodna Elspheo. Moje imię brzmi Almariel, a to jest Mulkher. Przybyliśmy w odpowiedzi na list, które wysłała nimfa zwana Iriną.
- Almariel i Mulkher... - białowłosa usiadła na tronie, nie spuszczając z gości swojego przenikliwego, chłodnego spojrzenia - Demonica z Cer'thanmor i Czarny Smok Puszczy Yan'krel. Pogromcy Was'ilna, wilczego demona. Ci, co powstali z Zaświatów. Pierwsi Nekromanci - zmrużyła powieki, a demonica poczuła, jak magia muska jej skronie. Nie oponowała. - W tej dolinie krążą o was legendy. Władacie upiorną mocą, której nie akceptujemy - zamrugała i pochyliła się. Zastygła na chwilę w milczeniu, po czym ponownie odezwała się, o wiele ciszej, niemalże szeptem - A jednak macie czyste serca.
- "By przełamać ciemność, wpierw należy ją poznać.” - odpowiedział jej smok, a echo jego basowego głosu rozniosło się wyraźnym drżeniem w przestrzeni. Demonica kiwnęła głową, bacznie obserwując królową.
   Pani Rzeki chwilę milczała, po czym wykonała dłonią oszczędny gest. Wtem zza drzewa wyłoniła się sylwetka kolejnej nieznajomej driady.
- Wybaczcie nam... wahania... Po incydencie z nasionami Levoi musiałyśmy podwoić straż. Tak przeraziliście Reizę, że nie chciała was wpuścić do naszej doliny. Spotka ją za to odpowiednia kara. Tymczasem przedstawiam wam Irinę, naszą strażniczkę skarbów. To ona zadba o wasze wygody i zapewni spokój podczas pracy. Akure, Almariel i Mulkherze. Powodzenia.


   Młoda strażniczka poprowadziła ich w stronę jednej z okolicznych polan. Co i rusz oglądała się za siebie, a w jej miodowych oczach grzmiała ta sama niepewność, którą zdążyli widzieć u jej sióstr. Aż podskoczyła na dźwięk syczącego dźwięku, który wydobył się z nozdrzy czarnego smoka w towarzystwie siwych smużek dymu.
- Nie obawiaj się nas, proszę - odezwała się Almariel i uśmiechnęła lekko do nimfy - Niech nie zwodzi Cię wzrok. Kryje się w nas coś zgoła innego, niż sugeruje ta surowa powłoka.
    Irina wpierw się zawahała, ale po chwili odetchnęła krótko i położyła dłoń na mostku.
- Przepraszam. Ja... Słyszałam wiele historii o Ordo Corvus Albus, a zwłaszcza o Aerlin, leśnej nimfie dosiadającej szmaragdowego smoka Jivrega... Pisząc list do Zakonu, miałam cichą nadzieję, że to oni przybędą z pomocą, że wreszcie ich poznam... Na święte duchy, co ja wygaduję! Oczywiście cieszę się na wasze przybycie, nie myślcie, że nie! O was też dużo słyszałam... Tylko, że... trochę inne rzeczy... Na boginię! - załamała ręce, uświadomiwszy sobie, że z każdym zdaniem pogrąża się coraz bardziej, na szczęście cichy śmiech Almariel wybawił ją z opresji.
- "Aerlin i Jivreg to nasi najserdeczniejsi przyjaciele od wieków. Nie byliby takowymi, gdybyśmy nie podążali tę samą ścieżką" - smok pochylił łeb i mrugnął do młodej dziewczyny.
- Jeśli tylko będziesz chciała i otrzymasz zgodę od swojej królowej, będziesz mogła odwiedzić nasz zamek i ich poznać.
- Och, nie śmiałabym o to prosić! - zawołała Irina i uśmiechnęła się szeroko, wyraźnie ośmielona zachowaniem swoich gości - Dziękuję! Moje siostry zzielenieją z zazdrości, jak to usłyszą. Ach i pierwsze, co muszę zrobić, jak je spotkam, to zdementować te głupie i przerażające plotki, jakie krążą na wasz temat. Jak można pleść takie obrzydliwe bzdury o ożywianiu trupów, kiedy w ogóle nie zna się osób, których dotyczą?
   Mulkher ukradkiem spojrzał na Almariel, która zacisnęła zęby, by powstrzymać śmiech.
- "Opowiedz nam o kradzieży."
    Nimfa westchnęła i wyraźnie posmutniała. Podrapała się po przedramieniu i nie patrząc się na rozmówców poczęła snuć swą opowieść, do złudzenia przypominając przy tym dziecko, które właśnie przyznaje się mamie do wszystkich psot, jakich dopuściła się pewnego dnia.
- To po prostu tragedia, nie mam pojęcia ani jak to się mogło stać, ani kto mógł się pokusić na nasze nasiona... Chyba nie muszę wam tłumaczyć, jakie szkody może wyrządzić tak silna ingrediencja w niepowołanych rękach - założyła ręce za sobą na krzyżu i poczęła chodzić w tę i we w tę, próbując poskładać w logiczną całość wszelkie poszlaki, jakie zdołała zebrać  - Musicie wiedzieć, że dostęp do naszych skarbów mam tylko ja i nasza królowa. Znajdują się one w sekretnym miejscu, wewnątrz naszych granic. Jestem główną strażniczką naszych kosztowności od dość niedawna, wcześniej tę rolę sprawowała Kilesis. Niech bogini prowadzi ją przez bezkresne łąki... - milczała przez chwilę - Moje siostry wiedzą, że ja nie ukradłam nasion, choć niektóre z nich były bardzo podejrzliwe i wymagały szczegółowych wyjaśnień - zwłaszcza te należące do straży granic. Nie złoszczę się, noszą na barkach ciężki obowiązek zapewnienia nam bezpieczeństwa. Czuły się współwinne, nic dziwnego, że tak ostro zareagowały... Tak jak Reiza na was...
- Żadna z was nie podejrzewała królowej?
- Nie - Irina pokręciła energicznie zarówno głową, jak i rękami, po czym rozejrzała się wokół, jakby bała się, że ktoś mógł ów pytanie usłyszeć - Nasza Pani miała pełne prawo do nasion jako prawowita władczyni Doliny. Mogłaby po prostu je wziąć, za dnia, a żadna z nas nie pytałaby o powód. Po co miałaby je zabierać ukradkiem? Chyba nie sądzicie, że dosięgło jej zepsucie?! - ostatnie przypuszczenie wypowiedziała szeptem, po czym zakryła sobie usta, jakby sama przerażona tym, co właśnie powiedziała.
- "Spokojnie, Irino. Na razie chcemy poznać wszystkie informacje, które mogą nam pomóc."
- Dobrze. Po prostu... Po tym wypadku w dolinie jest strasznie... nerwowo - ściszyła głos i nachyliła się w stronę Almariel - Pani jest zaniepokojona. Siostry szepcą. Poróżniłyśmy się. Nie ufamy sobie tak, jak kiedyś.
- Opowiesz nam, jak się to dokładnie stało?
- Tak, choć nie ma dużo do opowiadania. Jak co ranka wybrałam się na oględziny skarbów, a nasion już nie było, tak jak i szkatułki, w której ją przechowywałyśmy. Ktoś wiedział, gdzie nasiona są i jak się do nich dostać. I ten ktoś znał się na magii, bo złamał pieczęcie ochronne. Zeszłego dnia, wieczorem, nasiona jeszcze były na swoim miejscu...
- Żadnych śladów?
- Pani wysłała parę tropicielek, by zbadały teren. Miały zawiązane oczy w trakcie drogi do naszej skarbnicy, a ja nie wychwyciłam nic szczególnego. Jedynym tropem w okolicy skarbca był ślad buta albo... stopy. Siostry bardzo się o to sprzeczały i nie mogły dojść do porozumienia. Najdziwniejsze jest to, że znalazły tylko jeden odcisk. Tak jakby ktoś spadł z nieba i to na jedną nogę, a potem się... rozpłynął.
   Almariel wypuściła ze świstem powietrze i spojrzała na smoka, który z wyraźnym skupieniem wymalowanym na pysku kontemplował we wnętrzach własnego umysłu.
- "Mówiłaś, że przejęłaś obowiązki poprzedniej strażniczki imieniem... Kilesis?" - Irina pokiwała głową, a smok dał znak, by nimfa podjęła ten temat.
- Kilesis zmarła dwie wiosny temu. Żyła już wiele lat, pamiętała dawne dzieje naszej rodziny, o których lubiła opowiadać młodym dzierlatkom. Była życzliwą i miłą kobietą, choć smutną. Podobno kiedyś miała córkę, która uciekła z doliny zanim ta zdążyła zobaczyć dwunastą sobótkę. Nigdy jej nie odnaleziono...
- Czy moglibyśmy wyruszyć, by obejrzeć waszą skarbnicę?
   Irina poruszyła się niespokojnie, cmoknęła z niewyraźną miną.
- Musielibyście mieć zgodę naszej Pani.

  Elsphea słuchała cichego tonu postaci, skrytej w cieniu rzucanym przez wiekowy dąb. Westchnęła i schowała twarz w dłoniach, siadając na siedzisku stworzonym z pozornie przypadkowej plątaniny korzeni. Pochyliła się i oparła łokcie o kolana, a kwiecista korona zsunęła się jej lekko na czoło. Zastygła w tej pozie, zgarbiona, przytłoczona niewidocznym ciężarem. W niczym nie przypominała dumnej, wyniosłej władczyni tych ziem, którą widzieli zaledwie kilka godzin temu. Kiedy pojawili się przed nią, tajemnicza postać umilkła, lustrując ich dziwnym, złocistym spojrzeniem. Almariel zerknęła w jej stronę.
- Almariel, Mulkherze. – Pani Rzeki podniosła na nich wzrok, a oczy miała puste, wyblakłe, niemalże białe. Nieludzkie. – Czemu zawdzięczam waszą wizytę? Proszę krótko i zwięźle, jeśli łaska, ja też mam swoje obowiązki.
   Irina szturchnęła lekko demonicę, kiedy milczenie przedłużało się. Skrzydlata drgnęła.
- Racz nam wybaczyć najście, Elspheo. Przyszliśmy Cię prosić o zgodę na oględziny skarbca.
   Białowłosa wyprostowała się, przekrzywiła nieco głowę, by móc spojrzeć na kobietę skąpaną w cieniu. Lecz nie padło ani jedno słowo.
- Powiedz mi, Almariel, jak daleko zaszłoby królestwo, którego król otwierałby każdemu obcemu drzwi do swojego bogactwa? To, co ludzie mówią to jedno, a co robią – drugie.
- „Jeśli w nas wątpisz, dlaczego zezwoliłaś Irinie wysłać do nas posłańca?”
- Niegrzecznie jest odpowiadać pytaniem na pytanie, smoku. Ale dobrze, powiem Ci. To nie ja byłam pomysłodawczynią tego posunięcia, ale dałam Irinie wolną rękę. Powiedziałam jej, żeby zrobiła to, co uważa za słuszne. Niestety, zaczynam żałować swojej decyzji. Nie sądziłam, że nasza strażniczka ma problem z prawidłową oceną sytuacji.
- Moja pani, ja… - Irina postąpiła krok naprzód, ale urwała w pół zdania, gdy jak grom spadło na nią spojrzenie królowej.
- Czy daliśmy Ci powód, byś w nas wątpiła, pani? – zapytała demonica, mrużąc oczy.
   Zawisło nad nimi podrygujące z napięcia milczenie, lecz nim zdążyła paść odpowiedź, spojrzenie Pani Rzeki poczęło mętnieć, rozpływać się, a jej napięte jak struna  ciało rozluźniać. Tajemnicza postać wystąpiła z cienia i w jednym skoku znalazła się przy białowłosej. Zdawało się, że była driadą, ale ciemnozielony odcień jej skóry siał wątpliwości. Objęła władczynię ramieniem i pobieżnie oceniwszy jej stan, rzekła cicho.
- Odejdźcie.

  Irina poprowadziła ich na skraj jednej z wielu kwiecistych polanek, zamkniętych od świata zewnętrznego rozległymi koronami drzew. Było tu przyjemnie ciepło, choć zmierzchało, a okolicę oświetlały zaklęcia w postaci lewitujących tu i ówdzie, emanujących słabym, żółtym blaskiem kul. Kobieta przyniosła wiklinowy koszyk oraz gliniany dzban z wodą.
- Ojej, Mulkherze, nie wiem, czym mam Cię uraczyć. Może spróbujesz tego? – wyciągnęła z koszyka średniej wielkości miskę, w której znajdowała się jakiegoś rodzaju potrawka. – To są korzonki alamea w lekko ostrym sosie. My nie jemy mięsa… - opuściła głowę, jakby czuła się winna za to, że nie przygotowała się odpowiednio na przybycie gości z Ordo Corvus Albus.
   Gad obdarzył ją dobrodusznym uśmiechem i jednym kłapnięciem paszczy  opróżnił zawartość naczynia. Driada otworzyła ze zdziwieniem buzię.
- Ja… chyba za mało przyniosłam…
- „Dziękuję, Irino, że pomyślałaś o mnie. Ale nie martw się, nie potrzebuję więcej. Najadłem się do syta w Zakonie przed podróżą.”
   Strażniczka jakby z ociąganiem kiwnęła głową i dała znak Almariel, by się częstowała. W koszyku znajdowały się przede wszystkim różne rodzaje owoców i orzechów, dodatkowo dwie porcje warzywnych straw. Jedli chwilę w ciszy. Kiedy Almariel spróbowała nieznanego jej gatunku orzecha, wzięła ich całą garść i wyciągnęła rękę w kierunku smoka.
- Taki Ci będzie smakował – mruknęła, a czarna bestia schyliła łeb i wyjadła podane smakołyki z ręki. Kiedy się posilili, driada pokręciła głową, smutna, zrezygnowana.
- Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale… jestem rozczarowana zachowaniem naszej Pani. Cóż takiego zrobiłam, by mnie karać upokorzeniem? Co teraz? Wezwałam was na pomoc tylko po to, by was z powrotem odprawić?  Przecież nikt od królowej nie wymagał, byście poznali ścieżkę. Zawiązałybyśmy wam oczy, tak jak uprzednio tropicielkom… Czy królowa… chciała ze mnie zadrwić? Pozwoliła mi wysłać list, wiedząc od początku, że i tak nie pozwoli na śledztwo? Co tu się dzieje?!
- Spokojnie, Irino. Bardzo dobrze zrobiłaś. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by wyjaśnić tę sprawę, niezależnie od tego, czy Elsphea będzie nam przychylna, czy nie. Nie zrozum mnie źle, ostatnią rzeczą, jaką chcielibyśmy zrobić, to was poróżnić. Ale sama przyznasz, że ta sprawa… jest podejrzana. Musimy ustalić, czy coś wam nie zagraża. I nie tylko wam.
  Przez dłuższą chwilę w oczach driady było wyraźnie widać strach. Przerażała ją perspektywa sprzeciwienia się królowej i wizja konsekwencji, jakie mogą ją z tego powodu dosięgnąć. Wieczne wygnanie, hańba, może coś jeszcze gorszego…  Cóż ona mogła wiedzieć o zewnętrznym świecie, kiedy całe życie spędziła tu, wśród drzew? Jednak wiedziała, czuła w głębi duszy, że tę sprawę należało wyjaśnić, doprowadzić do  końca. W końcu przełknęła głośno ślinę i kiwnęła potakująco głową. Tymczasem Almariel komunikowała się ze smokiem bez słów, zamknięta w okowach połączonych ze sobą umysłów.  Wiedzieli niebezpiecznie mało, lecz doznali znaków, zbyt niepokojących, by można je było zignorować.
-„Kim była ta kobieta, która towarzyszyła Elsphei?” – zapytał smok, przerywając zastygłe między nimi milczenie.
- To Themis – driada chwilę zastanawiała się, zanim zdecydowała się powiedzieć coś więcej – Ona… nie urodziła się tutaj, w Dolinie. Strażniczki granic znalazły ją samą, w lesie, jak była jeszcze dzieckiem. Mogła mieć co najwyżej pięć lat. Była brzydka, brudna, ranna… Zielona. – ostatnie określenie wypowiedziała szeptem – Strażniczki nie wiedziały, co robić. Gdyby była… normalnym… dzieckiem, przyjęłybyśmy ją bez chwili wahania, ale w tym wypadku… Jedna chciała ją zostawić na pastwę losu, druga zabić, obawiając się, że jest czarcim bękartem, trzecia przygarnąć. Nie mogły osądzić same, więc zabrały dziewczynkę przed oblicze królowej. Pani, choć niechętnie, zgodziła się ją przyjąć. Kilesis ją przekonała. Zarzekła się, że zaopiekuje się małą jak rodzoną córką, że pani nie pożałuje swojej decyzji. Całą swą gorycz po stracie swojej poprzedniej podopiecznej przekuła w miłość do Themis… Ale to nie wszystko. Szybko okazało się, że dziewczynka ma specjalne zdolności. Z wiekiem przybywało ich coraz więcej. Zaczęła widzieć duchy zmarłych. Doznawała wizji. Wieszczyła, niepokojąco trafnie. To sprawiło, że szybko zbliżyła się do królowej, stała się jej prawą ręką, doradczynią. Jak się domyślacie, nie wszystkim się to podobało. Ale najgorsza była jej ostatnia z przepowiedni – urwała, kręcąc głową. – Choć nie sądzę, by było to na tyle ważne, by wam zawracać głowę…
- Mów dalej. Co to za przepowiednia?
   Irina rozejrzała się, chwilę nasłuchiwała. Zastygła na moment w wyczekującej pozie, po czym nachyliła się konspiracyjnie.
- Nie powinnam wam tego mówić – jej głos był niewiele głośniejszy od szeptu – Themis miała wizję końca świata. Przyznam, że nie pamiętam dokładnie słów, jakich użyła, ale było coś o… najeźdźcach… energii życia… cyklu zagłady…  Co najdziwniejsze w całej tej historii, to reakcja pani Elsphei. Ona nigdy nie lekceważyła jej wizji, zawsze słuchała z uwagą tego, co Themis chciała jej przekazać . Tym razem było  inaczej. Ona ją… zignorowała. Z tego co wiem, wieszczka kilka razy próbowała z nią o tym porozmawiać, ale na próżno. Podobno nawet się o to pokłóciły.
   Kiedy Irina zakończyła swoją opowieść, Almariel wstała i rozprostowała skrzydła. 
- Zaprowadzisz nas do skarbca?
- Dobrze – driada odpowiedziała po chwili wahania, po czym również wstała z klęczek – ale obawiam się, że Mulkher nie da rady się z nami przeprawić. Droga jest ciasna, kręta, a my musimy iść bezszelestnie – to powiedziawszy, spojrzała z powątpiewaniem na buty Almariel, pełne metalowych, hałasujących sprzączek.
- Zaufaj mi, Irino. – mruknęła demonica w odpowiedzi na jej spojrzenie i bez słowa przyjęła od driady kawałek materiału, po czym zawiązała sobie nim oczy. Smok kiwnął łbem, zgadzając się z postawionymi warunkami.
- „Zostanę, będę czuwał.”


- Irino, użyję teraz zaklęcia dematerializacji. Nie obawiaj się, pozostanę widoczna, choć nie tak wyraźnie, jak widzisz mnie teraz. Sprawię, że nie będzie mnie słychać. Nie obawiaj się, wyczuwam Cię, nie potrzebuję widzieć. Podążę za Tobą jak cień - skrupulatnie poinformowała ją o swoich zamiarach, a kiedy otrzymała potwierdzenie, że kobieta wszystko zrozumiała, powietrze zadrżało.
   Droga zdawała się ciągnąć bez końca; często zmieniały kierunek, kluczyły pomiędzy drzewami. Almariel  przez jakiś czas słyszała szmer strumyka, szelest wśród zarośli, tłumiony tętent kopyt rozdzierający mech. Potem wszystko ucichło, a powietrze, wcześniej rześkie i chłodne, stężało i wypełniło się zaduchem. Zastrzygła rysimi uszami, gdy wychwyciła dźwięczny odgłos spadających kropel. Jaskinia? Znowu chłód.
- Almariel?
- Tak?
- Tam ktoś jest.
   Głuchy szept wystarczył; demonica usłuchała instynktu, powietrze zawibrowało ponownie. Wkroczyła w cień, scaliła się z nim w jedność, a po chwili poczuła przedziwną aurę. Była jasna, acz pulsowała nieznaną mocą, czymś trudnym do zdefiniowania.
- Ty! Mów! Gdzie ona jest, gdzie ona jest?!
   Opętańczy wrzask rozdarł ciszę nocy, aura poczęła się zbliżać w szybkich skokach. Czarna opaska, którą Almariel miała przewiązane oczy, sfrunęła na wstędze wiatru na leśne poszycie.
   Napastnik, majaczący w ciemnościach niczym obłok białej mgły, niczym duch, dopadł do driady, złapał brutalnie za ubranie i uniósł lekko w górę. Irina zawołała wysoko w przerażeniu.
- Ta druga! Szłaś tu z tą drugą! Gdzie ona jest?! - wrzeszczał jej prosto w twarz. Demonica pozostała w ukryciu, omiotła atakującego pospiesznym wzrokiem. Był to mężczyzna, ubrany  w prosto krojone, białe szaty, od stóp do głów zakrywające jego ciało, prócz oczu, złowrogo spoglądających zza wyciętego w materiale, prostokątnego paska - Ta z Zakonu! To oni zabili Drasę! To oni zabili mi Drasę! - opętańczy wrzask w przerażający sposób łamał się z każdym wypowiedzianym przez napastnika słowem, wściekłość mieszała się z rozpaczą - Zapłacą mi za to! Zapłacą!!!
   Mężczyzna czekał jeszcze chwilę, trzymając w morderczym uścisku szamoczącą się driadę. Po chwili wrzasnął ze złością i cisnął nią w rosnące obok, kolczaste zarośla. Było już za późno, gdy zobaczył, jak powietrze przed nim zmarszczyło się i ukazało cienistą postać.
   Oberwał z bardzo bliska czarnym ładunkiem rozgałęzionej błyskawicy, która odrzuciła go do tyłu. Wstał szybko, za szybko i sięgnął do pasa. Nie widziała, co zeń wyjął, nie było czasu. Rzuciła się w bok na ziemię, w ostatniej chwili umykając przed dwoma pociskami, zakończonymi ostro gwiazdkami, gwiżdżącymi cienko w locie. Przed trzecią nie zdążyła, zawołała krótko. Podniosła rękę, krzyknęła zaklęcie, nad nią i leżącą obok driadą zarysowała się mglista kopuła. Napastnik dopadł doń i począł uderzać. Almariel przez chwilę nie mogła oderwać wzroku. Mężczyzna, w nieopanowanym szale, tłukł barierę gołymi pięściami, tak szybko, że nie można było dojrzeć, kiedy kończy się jeden atak, a zaczyna drugi. Stęknęła głucho, przelała więcej energii w osłonę, drugą ręką wyszarpnęła z okolic prawego obojczyka gwiazdkę. Poczuła ciepłą krew, którą powoli nasiąkało ubranie.
- "Almariel! Ammalvi!" - Mulkher zagrzmiał w jej umyśle, jednocześnie wzmacniając ją swoją magią.
- Poradzę sobie! Zostań! Nie możemy narazić Iriny!
   Smok warknął w bezsilności, walcząc między palącym pragnieniem dołączenia do swojej jeźdźczyni w boju, a rozsądkiem nakazującym zostać. Wtem w krainie nimf nastało poruszenie; z koron wielkich drzew spłoszyło się ptactwo, gdy powietrze przeszył opętańczy wrzask.
- "Elsphea?"
   Demonica dopadła do Iriny i potrząsnęła nią lekko. Wiedziała, że bariera zaraz ustąpi, pulsowała, wystarczyło jeszcze parę szaleńczych ciosów. Driada ocknęła się i zarzęziła, chwilę błądziła wzrokiem na boki, próbując uświadomić sobie, co się dzieje. Wtem zagwizdała przeraźliwie na palcach i zawołała parę słów w swoim ojczystym języku. Bariera pękła jak bańka mydlana, z czystym, krystalicznym dźwiękiem. Biały wojownik uśmiechnął się paskudnie, gdy prężył się do skoku.
   Almariel przerwała w połowie wykrzykiwania formuły zaklęcia, gdy ziemia zadrżała od potężnego tętentu. Z gromkim rykiem, ze wschodu na napastnika zaszarżował wielki jeleń. Najechał nań i stratował, rozległ się makabryczny odgłos miażdżonych kości. Mężczyzna zawył opętańczo. Rogacz zaryczał ponownie i wystawił do przodu imponujące poroża, szykując się do kolejnego ataku. Jednak na znak demonicy, Irina zerwała się i podbiegła do zwierzęcia. Powiedziała parę słów i poklepała go uspokajająco. Jeleń usłuchał.
   Smok już parę razy próbował zatrzymać którąś z pędzących na złamanie karku strażniczek, na próżno. Biegły w stronę największego pośród dębów, z którego korzeni upleciony został tron. W końcu warknął rozeźlony, postąpił parę kroków i zagrodził jednej z kobiet drogę. Ta nie zdążyła wyhamować, wpadła wprost na gada i odbiła się od niego jak od piłki i wylądowała tyłkiem na trawie.
- Postradałeś zmysły, gadzie?!
- "Powiedz mi, co się dzieje! Nalegam." - warknął, puścił salwę dymu, zniżył ku niej łeb, by mogła w pełnej krasie zobaczyć żółte tęczówki, przecięte pionowym palikiem źrenicy.
   Kobieta wyraźnie straciła ochotę do waśni, lecz po chwili zawołała z przestrachem.
- Nasza Pani! Coś się stało naszej pani!
- "Prowadź!"
  

      Błękitnooka podeszła do wijącego się z bólu wojownika. Tu i ówdzie jego dotychczas nieskazitelnie białą szatę plamiły czerwone kleksy krwi. Driada obserwowała scenę z boku, objęła za szyję wielkiego rogacza. Trzęsła się ze strachu.
- To chyba Twoje - zawołała donośnie Almariel, próbując przebić się przez jęczenia stratowanego i rzuciła obok niego zakrwawioną gwiazdkę. - Kim jesteś? Czego ode mnie chcesz?
   Mlecznobiałe spojrzenie spoczęło nań. Prócz cierpienia, grzmiała w nim nienawiść, rozpacz.
- Zabiliście... zabiliście mi Drasę!
- Kim jest Drasa? - śmiech, paskudny śmiech, a potem żałosny jęk.
- Zemszczę się, rozumiesz?! Zemszczę... - głos stracił na sile, wyprężone ciało rozluźniło się, głowa opadła bezwiednie na bok.
   Demonica uklękła przy nim. Wiedziała, że żył, czuła jego słabą, acz wyraźną aurę, mimo to sprawdziła tętno. Zastrzygła uszami, gdy dosłyszała klaśnięcie. Potem drugie. Jedno za drugim. Brawa.
- No no, skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie jestem pod wrażeniem.
   Miękki, kobiecy głos rozpłynął się w przestrzeni swym dźwięcznym, aksamitnym, wręcz miłym tonem. Kobiety rozejrzały się; dopiero po chwili w mroku nocy zajaśniał wybuch płomienia pochodni, który opromienił blaskiem postać.
   Była wysoka, ubrana we fiolety. Długa, satynowa suknia spływała jej aż do kostek, ramiona skryła pod półprzezroczystą, purpurową woalką. Takiej też barwy były jej oczy, które patrzyły z zagadkowym pobłażaniem. Kasztanowe włosy spływały jej falistymi kaskadami na plecy, okalały młodą, gładką buzię, o bardzo jasnej, nienaturalnie bladej cerze. Na szyi wdzięczył się naszyjnik z pereł.
   Niespiesznie stawiała kroki, które skierowała w stronę leżącego na wznak mężczyzny. Almariel była pewna, że gdy nieznajoma spojrzała na niego, w jej oczach zalśniła pogarda.
- ...to te jego słabostki go zgubiły. Nie może wyjść z żałoby po futrzaku... Też mi coś. Kiedyś, to był z niego wojownik... Wtedy byście sobie z nim nie dały rady...  Oj, Somchai, a mówiłam, żebyś siedział cicho w krzakach. O, przepraszam, niegrzecznie z mojej strony, że się nie przedstawiłam. Zwą mnie Dalia - dygnęła dworsko, opuszkami dłoni wolnej ręki chwytając rąbka sukni i rozkładając szerzej materiał - Irina, nowa strażniczka skarbów królestwa Elsphei... i Almariel, przywódczyni Zakonu Białych Kruków, jak mniemam? A gdzie zgubiłaś smoka?
- Musisz wybaczyć mi gruboskórność, Dalio, ale nie będę brała udziału w Twojej grze.
- Szkoda. Słyszałam, że lubisz grać w szachy...
- Kim jesteś? - ton demonicy zmroził Irinie krew w żyłach. Był głośny i zimny, jak rozkaz ścięcia głowy. Na Dalii jednak zdawał się on nie wywrzeć takiego wrażenia.
- Kim chcę! - zawołała i zakręciła się wokół własnej osi, płomień pochodni, którą trzymała w dłoni, pozostawił po sobie w powietrzu jasnopomarańczową smugę - Raz służącą, raz... królową. Królową Doliny na przykład. Tak, tak, o tym nie pomyślałaś podczas tego swojego śledztwa od siedmiu boleści. Nie pomyślałaś o wyższej sile.
- O wyższej, nie. Kontrolowanie czyjegoś umysłu to brudna i godna pożałowania sztuczka.
- Czyżby? Patrz, taka żałosna sztuczka, a ile potrafiła narobić zamieszania! - Dalia zachichotała wesoło, po czym odchrząknęła i spojrzała twardo na demonicę. W jednej chwili spłynął jej beztroski uśmiech z ust, a w purpurowych oczach zajaśniało coś niebezpiecznego  - To i tak nie ma najmniejszego znaczenia. Nasion nie dostaniecie z powrotem. Służą teraz do wyższych celów. Ostrzegam Cię, demonico z Cer'thanmor. Już drugi raz Twój Zakon wchodzi nam w drogę. Trzecim razem nasze spotkanie nie będzie już tak miłe.
- Nie wiem, o czym mówisz, Dalio znikąd. Nie spotkałam was wcześniej.
- Ty, nie - zaśmiała się głośno - To smutne, że tak mało wiesz o swoich poddanych. Popytaj się ich, może się czegoś dowiesz.
   Dalia machnęła ręką, powietrze po jej prawej poczęło marszczyć się i wybrzuszać, by po chwili ukazać owal wielkości drzwi emanujący mdłym, mlecznym światłem. Drugi gest, biały wojownik wzniósł się w powietrze na wstędze niewidocznej siły i powoli popłynął w stronę portalu.
- Almariel. Jestem Dalia z Królestwa Gwiazd. Zapamiętaj to.


   Na polance przed największym drzewem w dolinie zebrały się chyba wszystkie mieszkanki niedostępnej krainy. Panował harmider i rozgardiasz, wśród których ginęły sporadyczne komendy wydawane przez Reizę, dowódczynię straży. Gdy do zbiegowiska dołączył smok, wszystko wokół ucichło. Tłum kobiet rozstąpił się, by umożliwić przejście czarnołuskiemu gadowi. Mulkher zniżył łeb. Kobiety zajmujące się Elspheą, wśród których była między innymi Themis i Reiza, również cofnęły się o krok.
   Pani Rzeki leżała półprzytomna na plecionce z miękkiej trawy. Zdaje się, że trawiła ją gorączka, oczy miała podkrążone, na czoło wstąpiły kropelki potu. Była wyczerpana, a mimo to nadal olśniewała swoją niezwykłą, acz surową  urodą.
- Nie wiem co się stało... - zaczęła cicho Themis, pociągając nosem. Jej szklane oczy zdradzały fakt, że płakała - Rozmawiałyśmy, całkiem normalnie, kiedy wrzasnęła... tak okropnie wrzasnęła... i zemdlała. Czy ona... czy ona jest chora?
   Mulkher nie potrafił odpowiedzieć, choć na skraju jaźni majaczyło mu rozwiązanie, które spływało nań z umysłu Almariel.
- Kim jesteś? - dobiegł go cichy, łagodny ton królowej.
- "Jestem Mulkher, pani. Przybyłem z Zakonu Białych Kruków, by pomóc Tobie i Twoim siostrom."
- Pomóc? Coś nam zagraża?
- "Teraz już nie." - uspokoił ją smok, próbując brzmieć przekonywująco. Sam nie był pewien, czy jego odpowiedź była prawdą - "Proszę się nie martwić i odpoczywać. Jest pani w dobrych rękach." - spojrzał na Themis, która miała nie mniej zadziwiony wzrok od swoich towarzyszek - "Dajcie jej odpocząć. Wkrótce... wkrótce wszystko będzie jasne."
   Czarny cofnął się i podążył na skraj polany, odprowadziło go wiele spojrzeń. Usiadł, począł wypatrywać. Wiedział, że Almariel już się zbliża. Nie musiał czekać długo; wkrótce ukazały się jego oczom, ranne, zmęczone, zaniepokojone. Smok uśmiechnął się do nich lekko, choć był to uśmiech pełen goryczy.
- "Czy Ty zawsze musisz się narażać, kiedy mnie nie ma w pobliżu?" - zapytał smok, zniżając pancerny łeb.  Almariel podeszła do niego i objęła, pogładziła z czułością twardy nos.
- Widocznie takie jest moje przeznaczenie. A Twoje, to martwić się o mnie.
    Po chwili wszyscy zasiedli na miękkiej trawie, demonica przyjęła od Iriny łagodnie pachnący liść, który driada nakazała przyłożyć do rany.
- Irino, świetnie się spisałaś tam, podczas walki. Gdyby nie Twoja szybka reakcja i Twój towarzysz, mogło być z nami różnie.
- Na święte duchy, nie bluźnij. Drzemka w krzakach to mało imponujący wyczyn... Wszystko dzięki Xarowi. Dostanie dziś cały kosz jabłek - uśmiechnęła się słabo, zmęczona, wydłubując ze skóry kolce, które wbiły jej się po spotkaniu z cierniami - Almariel? Ty to wszystko, co tu się stało... Rozumiesz? - demonica nie mogła stwierdzić dokładnie, czy w głosie Iriny brzmiało niedowierzanie, czy też nadzieja, że uzyska odpowiedzi na trapiące ją pytania.
- Rozumiem.
- To powiesz mi, czy ja dobrze zrozumiałam?
- Powiem.
- Dobrze. W takim razie, ta kobieta... Ta z lasu... Dalia? Opętała nam Panią?
- Na to wygląda. I obawiam się, że zrobiła to już jakiś czas temu, zdążyła narobić sporo kłopotów. Nie mam też pewności, czy jej ofiarą nie padły inne driady.
- To okropne! To ona wykradła nam nasiona, prawda? Wysłużyła się rekami Pani?
- Niestety na to wygląda.
- Po co im nasze nasiona? Dlaczego to zrobili?! Kim w ogóle są ci ludzie?!
- Niestety, Irino, na te pytania nie znam odpowiedzi. Ale masz moje słowo, że będę jej szukać. Na te i inne, które mnie męczą...
   Zapadło między nimi krótkie milczenie. Przerwała ją Almariel.
- Irino, musisz wszystko dokładnie opowiedzieć, zarówno Elshpei jak i swoim siostrom. Zrób to dopiero wtedy, gdy królowa będzie w pełni sił. Musicie być czujne. Przygotujcie się. Obawiam się, że sprawa nie kończy się tu i teraz. Spokojnie, pamiętam o swojej obietnicy, będziesz mogła odwiedzić Zakon. Jak tylko opadnie kurz ostatnich wydarzeń... Przykro mi, że nie zdołaliśmy odzyskać waszych nasion.
   Driada delikatnie położyła rękę na ramieniu Almariel i uśmiechnęła się ładnie, wesoło.
- Almariel, razem z Mulkherem uwolniliście naszą panią spod kontroli tej wiedźmy! Ale heca. Z wami przeżyłam teraz więcej, niż w calutkim moim życiu, jeśli by razem zebrać. A nasiona to i tak teraz wasz problem, prawda? Jeśli Dalia je zabrała, a wy będziecie ją ścigać...  Ajaj, za dużo gadam.
   Wesoły śmiech całej trójki przetoczył się dźwięcznym echem po polance; gdy przebrzmiał, usłyszeli szelest. Ten przeobraził się w ciche, ledwo słyszalne kroki, choć wyraźnie sztywne, nierytmiczne. Z mdłego światła lewitującej żółtej kuli wyłoniła się Themis; a wzrok miała bezdenny, widzący dalej, niż zwykłe oko. Uklękła, złapała Almariel za rękę. Z jej gardła wydobył się gruby, zwielokrotniony dziwnym echem głos, który wprawił powietrze w drżenie.
- Pośród odległych, niedostępnych polan,
kraju mchów zieleńszych niźli szmaragd,
tam plugastwo wzejdzie, wespnie się jak bluszcz,
do samego nieba.
Wessie żywe, wessie martwe,
odda tym, co z nieba zejdą,
by chmury miast deszczu
zesłały zniszczenia ogień.

 
      Szarość nienarodzonego jeszcze dnia poczęła wpływać niczym mętna mgła do wnętrz zamku. Demonica przetarła zmęczone oczy, po czym szepnęła parę słów. Na dotychczas pustym pergaminie wiszącym na tablicy ogłoszeń niewidoczne pióro nakreśliło czarnym atramentem obwieszczenie.

   Ordo Corvus Albus,
  niniejszym zwołuję zgromadzenie, które odbędzie się w sali audiencyjnej, gdy słońce zajdzie za górami, w celu omówienia ważnych dla Zakonu spraw.
   Almariel