Czekanie na ruch Gabriela było najgorsze. Ostatnia próba schwytania spłoszyła go na tyle, że nie poczynał sobie już tak śmiało, lecz Aravir przestrzegł, że szukanie kryjówki poszukiwanego jest co najmniej bezsensowne. Kiedyś przypadkiem znaleźli jego lokum i jeszcze tego samego wieczora wyleciało w powietrze.
Triv'owi doskwierała nuda. Często doglądał Kougara, ponieważ zwierzak przez większość czasu wysyłał dość gniewne sygnały. Jak się okazało, wszedł w konflikt z pewnym kucykiem, z którym musiał dzielić poidło, bo warengun był święcie przekonany, że konusik wypija więcej wody niż jest mu przydzielone. Mężczyznę niejednokrotnie ogarniała wesołość na widok wiernego towarzysza szczerzącego zębiska do kudłatego, łaciatego konika, który wyraźnie nic sobie z "gróźb" nie robił i pił dalej. Wyglądało na to, iż nawet Kougara stać było na nieartykuowalne docinki, a nie tylko Arsi. Sama Zmiennołuska większość czasu spędzała na patrolowaniu miasta bądź z młodszą koleżanką. Aton z Aravirem wracali dopiero nocą, a Chrysanthe zbyt rzucała się w oczy, więc zostawała na terenie innej tawerny, w "Błyskotce Górnika". Smoczyca uważała, że każda sposobność do samodoskonalenia się jest dobra, więc okazję do zmierzenia się z Nocną poczytywała za punkt honoru. Nigdy nie miały szansy wspólnie trenować, a próba sił z przeciwnikiem mniejszym i szybszym od siebie zapowiadała się na niezłą zabawę. Wszystkie smoki, w mniejszym lub większym stopniu, są ciekawskie. Aton i Chrysanthe nie byli "uwiązani" zakazem opuszczania określonego terenu, zwiedzali świat do woli, więc czasami Nocna urozmaicała potyczkę jakąś opowieścią - szczególnym popytem cieszyła się ta, w której złapali wijożmija na tyłek Aravira, ponieważ gad w ferworze walki rzucił się na maga, dziabnął go w pośladek i tak utknął, nie mogąc uwolnić zakrzywionych kłów z portek, a później próbował zawlec niedoszłego wężowego pogromcę do swojego leża, ale nie mógł się do niego dostać, bo Aravir nie mieścił się w wejściu do nory. Raz jedyny obie smoczyce podjęły próbę wywabienia smoczego towarzysza Gabriela, stercząc na brzegu zbiornika i rycząc jedna przez drugą. Jedyne co osiągnęły to kilka pęcherzyków powietrza wypływających na powierzchnię.
Z "misji pościgowej" zrobiły się niemałe wakacje. Łowca godzinami kręcił się po mieście, oglądał zachwalane na całe gardła towary: krasnoludzkie zbroje płytowe, goblini drobny oręż, zestawy broni miotanej od niziołków i niedoścignione pod względem piękna dzieła gnomów. Tym ostatnim poświęcał najwięcej uwagi, jakość i wygląd, ale grunt to funkcjonalność. Pokątnie, by nie dawać Arsi pretekstów do lawiny chamskich docinków, poszukiwał damskiego towarzystwa. Cniło mu się do kobiet od bardzo dawna, a w Ordo Corvus Albus wielkiego wyboru nie miał. Przez cały okres członkostwa może raz albo dwa zaliczył przelotny romans, co dla bawidamka jego kalibru zakrawało na jakiś świątynny celibat. Jak na złość, w Aterii przedstawicielek płci PIĘKNEJ było niewiele. Jedynie krasnoludki, niziołki albo, co gorsza, goblinki, a podróżniczki zbyt śpieszyły się opuścić stolicę kopalń przez wszechobecny bród. Jedynie Ellinor, właścicielka "Diamentowego Oczka" w miarę się nadawała. Pytanie tylko, że Triv był w stanie AŻ TAK się poświęcić dla chwili rozrywki?
- Co to za miasto, do czorta... - jęknął po powrocie do wynajętej kwatery, próbując zmyć z twarzy resztki pyłu.
- Mi się podoba.
Łowca błyskawicznie odwrócił się i wyszarpnął z pochwy długi sztylet, nawet w mdłym świetle błyskający tysiącem refleksów z powodu diamentowej głowni. Na rozklekotanym stole po drugiej stronie pokoju siedziała kobieta. Była ładna, nieco nawet egzotyczna. Na zgiętym kolanie opierała gładziutką, bladą twarz, miękkie usta wygięła w przymilnym uśmiechu. Nosek miała drobny, prosty, a ni to fioletowe ni różowe oczy sypały figlarnymi iskierkami. Wściekle proste, kasztanowe włosy spływały równą kaskadą po jej ramieniu, ścięta po skosie grzywka zasłaniała jedną brew. Nosiła się trochę po męsku, bo w wysokie buty nadające się na długą podróż, bryczesy i sznurowaną, biała koszulę. Pod szyją miała czarny płaszcz spięty klamrą, a jej głosik przypominał miauczenie kota.
- Coś Ty za jedna, pani? - zapytał Łowca, lecz nie tak groźnie jak powinien w zaistniałej sytuacji. Może nie potrafił zdobyć się na odstraszenie jedynej ładnej buzi chyba w całej Aterii...
- Gabriel.
- Gab... Zaraz. Nie możesz być Gabrielem. Gabriel to mężczyzna! - obruszył się i uniósł nieco wyżej sztylet.
- Zależy gdzie akcentujesz słowo. - roześmiała się niewinnie, jawnie rozbawiona miną rozmówcy.
- Czego chcesz?
- Niczego. A może jednak? Dzisiaj jestem tutaj bardziej z ciekawości. Zastanawia mnie czego chce ode mnie pan Triv'laan, sławny kobieciarz i zaprzysięgły kawaler z wielkiego Zakonu Białego Kruka? ...Nie rób takiej miny, w moim zawodzie bycie dobrze poinformowanym to podstawa. Może bym się nie domyśliła, może uznała za przypadek pojawienie się drugiego smoka w Aterii, bo to jakiś kompan tego dzieciaka od faceta z czarną gadziną. Ale Ty za długo tu siedzisz, w dodatku rzucasz się w oczy i węszysz. O oglądaniu się za kieckami nie wspomnę. Wystarczyło dodać dwa do dwóch.
- Zapytam jeszcze raz: czego chcesz? Czego szukasz w Aterii?
Kobieta zdawała się całkowicie ignorować pytania Triv'a.
- To miasto to jeden wielki bród na mapie Killinthoru. Chce jak najszybciej rozwiązać zaistniały tu problem, pozbyć się tropiącego mnie najemnika i zająć swoją sprawą. Planowałam nawet wybrać się do Zakonu Białego Kruka, ale skoro sam do mnie przyszedł to nawet lepiej... Słuchaj uważnie, piórku, bo dwa razy mówić tego samego nie będę. Jutro po południu planuję wedrzeć się do twierdzy. Jeżeli ładnie to rozedrgamy, za jednym zamachem rozwiążemy nasze problemy i wszyscy będą szczęśliwi.
Nim Triv zdążył zaprotestować, dziewczyna wyciągnęła przed siebie małą, szklaną banieczkę i upuściła. Naczynie rozbiło się z krystalicznym hukiem, pokój wypełnił szarawy dym, który wymuszał kaszel i łzawienie. Gabriel zniknęła, pozostawiając pół-anioła sam na sam z problemami.
Ludzie to kłopotliwa zwierzyna. Gdy polujesz na smoka schemat jest zawsze taki sam: po prostu spodziewasz się porządnej walki i próbujesz wyjść z niej zwycięsko, a konsekwencje Cię nie interesują. Wizyta Gabriel namieszała Triv'owi w głowie. Bo który zamachowiec zdradza swoje plany?
Siedziba krasnoludzkiego zarządcy była twierdzą w pełni tego słowa znaczeniu. Jak każda budowla w Aterii, zamek pozbawiony był jakiegokolwiek elementu, który nadawałby mu choć odrobinę lekkości. Przysadzisty i kanciasty, z grzybopodobnym stołpem, szczerzył do odwiedzającego mrowie maleńkich okienek na każdym piętrze, zaś potężne bramy wykute z ciemnego kamienia kategorycznie odradzały wszelkich odwiedzin.
Umówili się, że smoki będą krążyć nieopodal twierdzy na wypadek, gdyby Gabriel zdołała uciec. Trudno rzec, czy Atonowi spodobała się pewna informacja o zamachu. I tym razem nie odezwał się nic tylko podszedł do topornych wrót i załomotał w nie. W niewielkiej szparce ukazała się brzydka twarz, której ponad połowę zakrywała niegdyś blond broda usiana warkoczami. Krasnolud groźnie łypnął brązowym okiem i bez jakiegokolwiek słówka wytłumaczenia zatrzasnął kamienne skrzydło. Triva już cholera wzięła na tę irytującą misję, bo ileż można dawać wodzić się za nos? Wściekły bardziej niźli osa kopnął w drzwi i to jego zabolało bardziej. Wszystkie istoty poniżej metra pięćdziesiąt są uparte, aż głupie skoro nie zamierzają nawet wysłuchiwać ostrzeżenia!
Jak na złość, kilka chwil później jedna ze ścian stołpu eksplodowała. Rozległ się drażniący dźwięk dzwonu, a krzyki ludzi wewnątrz zamku dało się słyszeć nawet za bramą. Obaj tropiciele przez ułamki sekund wpatrywali się niczym urzeczeni w gęsty pióropusz dymu mieszający się z pomarańczowymi jęzorami ognia. Łowca oprzytomniał pierwszy. Jeszcze raz podbiegł do drzwi, załomotał w nie pięściami. Niedoczekawszy się odpowiedzi, odszedł kilka kroków by wziąć rozbieg i podjął mizenął próbę wyważenia wrót. Aż mu coś strzeliło, z sykiem roztarł ramię. Ponownie cofnął się, lecz Aton bezceremonialnie odepchnął go na bok nim w ogóle dotarł do drzwi.
- Pierwszy raz szturmujesz zamek, że próbujesz z bara wyważyć krasnoludzkie wrota? - uśmiechnął się z dużą dozą kpiny, ale nagle mina mu zrzedła. Obejrzał się, zwabiony tępym nawoływaniem rogów. No cóż, wybuch do najdyskretniejszych działań nie należał... Aton z subtelnym szelestem wyszarpnął swój dwuręczny miecz błyskający lekko niebieskawym ostrzem i niewiele myśląc wbił go szparę między drzwiami. Zaparł się jak diabli, zęby szczerzył z wysiłku. Bogowie, jak on nienawidził tych krasnoludzkich mechanizmów sprężynowych... Klinga trzeszczała żałośnie, wręcz wyginała się, gdy mężczyzna używał jej na podobieństwo łomu. Pot strugami spływał Atonowi po twarzy i szyi, na przodzie koszuli wykwitła całkiem pokaźna plama, jednak wysiłek się opłacił, bo drzwi zaczęły szczękać i puszczać powoli. Najemnik naparł z jeszcze większym uporem, aż udało mu się przytknąć miecz do nieruchomego skrzydła. - Pakuj się, jazda! - stęknął.
Triv szczupakiem rzucił się w siłą zrobioną szparę i przekoziołkował dla zamortyzowania upadku. W tym samym czasie rozbrzmiał ostry zgrzyt i miecz złamał się, a brama zamknęła z hukiem, zbierając żniwo w postaci kilku wyrwanych włosów i piórka. Obszerny korytarz usiany był wszystkim, czym się dało: kawałkami ułamanych filarów, resztkami ozdób, porzuconymi przedmiotami codziennego użytku. Łowca poderwał się, popędził holem i wybiegł na niewielki wewnętrzny dziedziniec. Podwórze było zdewastowane, to przypominało oblężenie. Wszędzie biegali krasnoludzcy wojownicy lub najemnicy. Co chwila w powietrze szybowały grudy ziemi lub fragmenty ścian. Rozlegały się krzyki mieszkańców twierdzy oraz wydawane naprędce rozkazy. Triv kątem oka dostrzegł rozbłysk po lewej. Spojrzał w tamtą stronę. Na balkonie widokowym stała postać otulona czernią, w ręce dzierżyła wielki łuk. Broń w dziwny sposób pulsowała niebieskimi luminescencjami. Znowu coś błysnęło, to grot strzały otaczała siwa mgiełka. Zwolniony przeciął powietrze z charakterystycznym wizgiem i uderzył w chodnik po drugiej stronie dziedzińca, gdzie chwilę później miała miejsce eksplozja. Pół-anioł wyciągnął sztylety. Najwyraźniej feeria zajączków puszczanych przez diamentowe głownie zwróciła uwagę łuczniczki. Gabriel spojrzała w ślad za światełkami, machinalnie uniosła łuk, ale nie strzeliła. Beztroskim machnięciem dwóch palców pozdrowiła Triva i czmychnęła. Mężczyzna rzucił się ku przytwierdzonej do jednej ze ścian pergoli, wspiął się po niepewnej konstrukcji z wyraźną wprawą. Przesadziwszy balustradę, pobiegł śladem zamachowca. Wpadł przez otwarte drzwi balkonowe, przeciął korytarz przyozdobiony zniszczonymi portretami poprzednich opiekunów Aterii oraz resztkami rzeźb. Ślizgiem zatrzymał się na środku głównego holu, gdzie już szerzył się siwy pióropusz dymu. Słyszał obelgi ciskane przez uwięzionych wewnątrz wojowników oraz ich kaszel. Wtem w tumanu wystrzeliła postać. Skoczyła na ścianę i odbiła się od niej, wyraźnie celując w schody na półpiętro. Z łatwością wdrapała się na barierkę, po czym pomknęła po stopniach rzeźbionych w typowo krasnoludzkie wzory. Nie lękała się stojących jej na drodze krasnoludów. Gryfem łuku zaczepiała o trzonki bojowo uniesionych toporów lub krawędzie tarcz, by następnie silnym szarpnięciem pozbawić przeciwnika równowagi. Zmuszała Triva do przeskakiwania spadających wojowników, co na tak ciasnej klatce schodowej do najłatwiejszych wyczynów nie należało.
Gabriel dysponowała nie lada motoryką. Biegli przez okryty dachem most łączący główny budynek z wieżą, z której rozchodziły się wszystkie liny dostarczające minerały z kopalń. Triv widział przed sobą powiewający czernią płaszcz łuczniczki oraz to, że pomimo wyciskania z siebie siódmych potów kobieta wciąż się oddala. Rumor po drugiej stronie pomostu obwieścił pojawienie się zbrojnej bandy, zastawiającej jedyne wejście do iglicy. Gabriel płynnym ruchem ściągnęła z ramienia łuk, nałożyła strzałę, lecz nie stanęła, aby wymierzyć. Wciąż biegła, trzymana z boku broń obijała się o jej biodro. Grot pocisku znowu zaczął błyskać rytmicznie - Triv mógłby przysiąc, że ręce terrorystki drżą. Poszukiwana nagle stanęła i wycelowała między kolumnami w niebo. Wypuszczeniu strzały towarzyszył inny dźwięk niż powinien, przypominał nie świst a pisk. Chwilę później Gabriel została wyrwana z miejsca. Triv dopadł do barierki i z wytrzeszczonymi oczami patrzył, jak uciekinierka puszcza linę przytwierdzoną do strzały i w ostatniej chwili chwyta się jednego z koszy transportowych. Przez kilka sekund walczyła, by utrzymać się wiklinowego rąbka. Rozkołysała się i zaczęła niezgrabnie gramolić na stertę nieobrobionego srebra. Łowca zerwał się z miejsca i popędził ku wejściu do wieży, niejednokrotnie przepychając się między tarasującymi mu drogę krasnoludami.
Pół-anioł z hukiem wparował do gabinetu zarządcy Aterii. Gabriel już szalała po środku pomieszczenia, którego strop podtrzymywało kilka topornych kolumienek ustawionych w kręgu. Lecz nie, nie była to kobieta. Obcy mężczyzna siał spustoszenie wśród szeregów ostatnich ochroniarzy. Dzierżący miecz elf rzucił się do przodu. Zamiast kontrować, Gabriel chwycił oponenta za łeb i pchnął do dołu, jednocześnie wyszarpując mu zza pasa niezbyt imponujący nóż. Kości aż zagruchotały, gdy niepozorne ostrze zagłębiało się w kark. Kryjąca się z boku kobieta zakręciła dwoma sztyletami i ruszyła do natarcia. Poszukiwany odchylił się do tyłu, następnie stopą przybił rękę wojowniczki do kolumny, drugą odtrącił i z szerokiego zamachu poderżnął gardło. Nagle skoczył w górę i, obracając się wokół własnej osi, prześlizgnął butem po gardle osobnika, który próbował zaskoczyć go zza kolumny. Mąż o porytej bliznami mordzie chwycił się za szyję, gulgał chwil parę, a z między palców w pulsacyjnym rytmie wypływała krew. Konający rzucił okiem na sterczące z czubków butów oraz pięt szerokie, choć niezbyt długie ostrza, które teraz ociekały krwią. Gabriel nie stał nieruchomo w miejscu, już rzucał się przed siebie, unikając spadającej mu na głowę halabardy. Przekoziołkował, dopadł krasnoluda z tarczą i buzdyganem. Trudno stwierdzić kiedy w jego ręce pojawiła się czarna strzała o grocie przystosowanym do kruszenia kości, ale to właśnie ją z całej siły wbił w stopę krępego woja. Obrócił w palcach mizerny nożyk i trzykrotnie pchnął nim kransoluda w nieosłoniętą pachwinę. W czwarte pchnięcie musiał włożyć nie lada wysiłek, ponieważ przerzucił przeciwnika przez ramię. Uczynił z niego żywią tarczę przeciw ponownemu atakowi halabardnika. Poderwał się z ziemi, pobiegł prosto na goblina z małą kuszą w rękach. Chybił niestety, zaś Gabriel skoczył i kopniakiem rozgniótł głowę zielonoskórego na jednym z filarów, jakby nie była jabłkiem, a nie stworzona z kości. Obrócił się na pięcie, zmierzył wzrokiem ostatniego najemnika. Był... wielki, okryty płytowym pancerzem i wymachiwał niemal dwu metrową halabardą. Wyglądał jak ork, jednak para zakrzywionych przy szczęce rogów wskazywała bardziej na demona. Może to obrzydliwa hybryda? Mieszaniec ryknął wyzywająco i zaczął stawiać powolne kroki. Rozsądny człowiek ustąpiłby przed takim rywalem. Gabriel miał chyba znacznie mniej oleju w głowie. Wystrzelił w bok, gdy broń rozłupała marmurową posadzkę. Obiegł olbrzyma, skoczył na najbliższą kolumnę i odbił się od niej. Zamachnąwszy się, strzelił niedorobionego orka w wysuniętą szczękę. Nie zrobiło to na przeciwniku wrażenia. Chwycił Gabriela jeszcze w locie i zaczął ściskać mu gardło. Mężczyzna wierzgał bezmyślnie, próbował rozewrzeć paluchy paskudy, która szczerzyła się triumfalnie. Nieporadnym ruchem Gabriel sięgnął do płachty wokół pasa i wydobył spod niej maleńką, okrągłą buteleczkę. Wraz z jej rozbiciem w pomieszczeniu wykwitł tuman czarnego dymu. Z jego środka wybiegały zdezorientowane powarkiwania. Krótki szczęk, jakby ktoś uderzył o siebie metalowymi płytkami, poprzedził wstrząsający gabinetem wybuch. Ork wytoczył się z siwego tym razem pióropusza, ryczał z boleścią i tarł pocięty pysk, do tego siekał na lewo i prawo halabardą. Nieco osmalony Gabriel przyczaił się, po czym skoczył potworowi na plecy. Błyskawicznie zapiął ramię wokół jego szyi, a nogami otoczył korpus. Wielkolud zaczął szarpać się, cofał, rozbijał o kolumny. Nagle rozpędził się i łupnął Gabrielem o ścianę. Z mężczyzny wyszło powietrze, zwiotczał widocznie. W ostatniej chwili chwycił się rogu orka. Ten z kolei cisnął halabardę na ziemię i sięgał łapami do tyłu, by zerwać z siebie "pasożyta". Mężczyzna odczepił się, przemknął pod nogami hybrydy. Chwycił oburącz drzewce i z półobrotu wyrżnął szerokim ostrzem w łeb orka. Znad żelaznego kołnierza trysnęła czarna krew, nieumiejętnie ścięta rogata głowa pacnęła i potoczyła się po podłodze. Uwalony do granic możliwości Gabriel z obrzydzeniem odrzucił halabardę i rozejrzał się dookoła. Swoją zgubę - wspaniały czarny łuk - odnalazł nieopodal nieco zdewastowanego biurka. Schylił się po niego, ale podnieść nie zdołał.
- Nie rozsądnie jest odwracać się tyłem do potencjalnego przeciwnika. - zakpił Triv, bez większych oporów mierząc końcem ostrza sztyletu w plecy rozmówcy.
- "Przeciwnika"? Sam Cię zaprosiłem, więc zagrożenie z Ciebie, jak ze mnie prawiczek. - odparł Gabriel bez większego zainteresowania. Wolny od strachu i w głębokim poważaniu mając groźbę pchnięcia między łopatki, capnął łuk z podłogi. Obszedł mahoniowe biurko i zaczął przekopywać się przez leżące na blacie dokumenty, później wyrzucał wszystko z szuflad. Z triumfalnym mruknięciem podniósł do oczu pożółkły pergamin opatrzony niebieskawą pieczęcią.
- Co ty sobie wyobrażasz?!
- Na chwilę obecną marzy mi się kąpiel, ale pewnie masz tę informację w dupie, więc sprecyzuj o co ci chodzi. - rzucił okiem na Łowcę, którego czerwona twarz i miotające gromy spojrzenie kontrastowały z biało-srebrnym wizerunkiem.
- Lepiej ty mi powiedz! Szaradę z udawaniem dziewki odstawiasz, zamek szturmujesz, wciągasz mnie w to wszystko i po co? Żebyś mógł poczytać jakieś papiery?! Myślałem, że chcesz się pojedynkować, to bym chociaż COŚ z tej eskapady miał!
- Jesteś tu, bo jesteś mi potrzebny.
- Może mam ci świeczkę potrzymać, żebyś lepiej widział? Jeszcze czego!
- Jesteśmy w biurze zarządcy Aterii...
- ...powiedz mi coś, czego nie wiem...
- ...który chce zatwierdzić wniosek od kierownika kopalni "Srebrzanka", chodzi o wydobycie na większych głębokościach. Prośba ta nie ma racji bytu, ponieważ jest tutaj żyła wodna. Kierownik o tym nie wie, za to zarządca wie i temat jest mu na rękę, bo kopalnia należy do jednego z pretendentów do stołka. Gdyby woda "niespodziewanie" wybiła, koleś - sarkastycznie rzecz ujmując - popłynąłby prawnie i spłukał majątkowo. Reparacje, sprawy administracyjne, łapówki etc. Źródełko wyschło, nie ma z czego finansować kampanii. A ta szuja, Brandalin, zostałby u steru.
- I gdzie w tym wszystkim ja? - warknął sceptycznie pół-anioł, chowając do pochw srebrzyste sztylety. Robił to poniekąd z przekąsem, bo szczerze liczył na walkę.
- Ludzie Cię widzieli. Wszyscy uwierzą, że zdemaskowałeś Brandalina oraz pojmałeś terrorystę Gabriela. Zostaniesz bohaterem, najemnik dostanie pieniądze, a ja mam spokój. Wszyscy są szczęśliwi. Jedyne co musisz zrobić to puścić mnie wolno.
Triv zmarszczył brwi. Plan Gabriela, choć szalony, miał całkiem spore szanse powodzenia. Nagroda też do głupich nie należała. Przeszłość rzutowała na jego reputację i stosunki międzyludzkie, przez co nie posiadał takiej swobody działania, jak na przykład Malgran, któremu pozwalano na nawet bardzo długie eskapady. Na osobę Gabriela nastawało całkiem sporo bogatych ludzi, więc na zostaniu "pogromcą" zyskać mógł sporo. Do uszu Starszyzny dotrą tylko suche fakty. O zawartym układzie nikt nie musi przecież wiedzieć. Łowca zerknął na wyciąganego spod biurka krasnoludzkiego szlachcica. Nie przypatrywał się specjalnie Brandalinowi ani dokumentom, które Gabriel podtykał do podpisania. Nawet jeśli konus wszystko słyszał to nikt nie uwierzy w słowa takiego skurwiela zdolnego bez mrugnięcia okiem potopić niewinnych, aby zatrzymać stanowisko zarządcy.
- Myślisz, że durniem jestem? Puszczę cię i dasz nogę.
Gabriel puścił warkocz Brandalina, chwil parę popatrywał na Triva, ważył w ręce broń. Dość niespodzianie wyciągnął do rozmówcy łuk.
- Bez niego nigdzie nie pójdę. Jutro w południe pod bramą miasta chce go dostać z powrotem... Na biurku leżą wszystkie potrzebne Ci dokumenty, a Brandalin od teraz jest Twój, zgodnie z umową.
Mężczyzna odwrócił się na pięcie i pomknął ku wyrwie w ścianie, którą pewnikiem dostał się do gabinetu. Rozłożył ramiona i bez jakichkolwiek oporów rzucił się z wieży. Triv podbiegł do krawędzi, spojrzał w dół i być może lekko zemdliło go od spoglądania z takiej wysokości. Równie szalonego człowieka nie spotkał od wieeeelu lat.
Chyba wszyscy górnicy w Aterii pragnęli głowy Brandalina. Straż musiała ogrodzić kordonem całą drogę, jaką musiał pokonać więzienny powóz od miejsca pojmania szlachcica aż do katowni. Wiele osób trafiło do cel z pobudek czysto wychowawczych - za rzucanie kamieniami i warzywami, jeden gnom usiłował rzucić się pod koła niechlubnej karety byleby dać zbrojnej bandzie czas na sforsowanie drzwiczek. Najciekawszym klientem więzienia okazał się chochlik, który nagle wystrzelił ze studzienki kanałowej i zaczął wyżywać się na głównej osi.
Podczas szturmu na zamek Aton pozostał w tyle i, jeżeli wierzyć plotkom, starł się z oddziałem straży miejskiej za broń mając jedynie składaną włócznię. Czy to prawda? A kto by to weryfikował! Faktem było tylko to, że lekko posiwiały wojownik wyglądał, jakby nie raz wywinął orła w cierniowych krzakach. Miał również złamany nadgarstek. Zdziwił się straszliwie, gdy Triv przekazał mu dwa dokumenty - nakaz wypłacenia w złocie pochodzącym ze skarbca Aterii równowartość wydatków poniesionych w trakcie "kampanii", włączając w to koszty nowego wyposażenia oraz zadośćuczynienie za szkody na zdrowiu, a także oficjalne powiadomienie, że Zakon Białego Kruka przejmuje więźnia imieniem Gabriel. Teraz wystarczyło tylko objechać z tym papierem wszystkich zainteresowanych szlachciców i...
- Przynajmniej wypłacą Ci chorobowe. - bąknęła Chrysanthe, opierając łeb o ramię Atona, by lepiej widzieć papier.
- Ojciec, w końcu kupisz sobie nowa koszulę. I portki! Jestem z Ciebie dumny.
Aton westchnął z boleścią, po raz niezliczony zadając sobie pytanie, które z "dzieci" gorzej wychował. Powrotu do Ordo odmówił z namiastką uprzejmego uśmiechu na twarzy, twierdząc, iż od dawna marzy mu się domek nad morzem lub własny statek, a teraz ma okazję ten sen przekuć w rzeczywistość. Nocna zakręciła się w miejscu i wypruła przez bramę miejską, wyrwawszy przy tym kilka płytek chodnikowych. Przekomarzania młodzieży na temat zbliżającego się zakupu ucichły dość szybko, za to pozostawiły na twarzach wszystkich nieszczęsnych słuchaczy rozbawiony uśmiech.
- Zostaw to, bo jeszcze zepsujesz. - Arsi przekrzywiła kształtną głowę. Na tej misji ona zyskała najmniej i ta...bezczynność odcisnęła duże piętno na jej humorze. Sceptycznym wzrokiem śledziła wyczyny swego Jeźdźca, bowiem Triv stękał i prychał podczas prób naciągnięcia łuku Gabriela. Był imponujący, w tej kwestii nie było miejsca na sprzeczki, ale i chyba złośliwy o ile można tak powiedzieć o przedmiocie. Już podczas podnoszenia do wystrzału broń drżała, zaś próby naciągania zaczynały i kończyły się mniej więcej w tym samym etapie.
- Nie wątp... we mnie... - sapnął Łowca. Oparł nogę na majdanie, chwycił cięciwę oburącz i wyprężył się, niczym kot pod płotem. Ramiona łuku ugięły się niechętnie, a cała konstrukcja wpadła w drgawki równie silne, co te towarzyszące szokom anafilaktycznym. Cięciwa nagle wysunęła się z palców Triva i wróciła do pozycji startowej, boleśnie ocierając się o nogę pół-anioła. Wściekły cisnął łuk na bruk i zaczął rozcierać obolały goleń. - Zaraza by to!
- Dobrze Ci tak! Mówiłam "zostaw"? I skończ błaznować, Gabriel leci.
- Leci? Ze smokiem?
- Nie, bez smoka. Sam zobacz.
- On nie ma skrzydeł...! - warknął i podniósł dłoń do oczu, popatrując tam, gdzie Arsi skierowała swój łeb. Wytrzeszczył oczy. Gabriel rzeczywiście leciał, na lekko zgiętych, skórzastych skrzydłach miękko szybował nad główną aleją. Przecież wczoraj ich nie miał! Co się tu wyprawia!
Bezbronny łucznik wylądował z wyraźną wprawą, bez jakiegokolwiek powitania wyciągnął rękę po swoją własność, ale Triv szybko schował łuk za siebie. Gabriel zmrużył podejrzliwie przerażające ślepia.
- Mieliśmy umowę...
- No i jesteś. Broń też dostaniesz z powrotem, ale dopiero w siedzibie Zakonu.
- Przyszedłem dobrowolnie, jeszcze bohatera z Ciebie zrobiłem. To mało, żeby zaskarbić sobie odrobinę zaufania?
- Najpierw dorabiasz sobie cycki, teraz skrzydła. Jak ci ufać, do cholery! Gdzie masz smoka?
- Później przyjdzie.
- Świetnie... - burknął Triv, resztkami dobrej woli trzymając nerwy na wodzy. Wygrzebawszy z sakw przy siodle Kougara kawałek liny, związał Gabrielowi nadgarstki.
- Złość piękności szkodzi, jak to się mówi. - zamruczał, gdy zakończył podziwianie podwójnego supła.
- Jemu nic nie pomoże. - roześmiała się Zmiennołuska, do której Triv przywiązał więźnia. Bawiła ją ta sprzeczka. Może towarzystwo łucznika nie będzie znowu takie złe...?
Gdy tylko przekroczyli próg zamku, Gabriel nie czekał, aż Triv łaskawie pozbawi go pęt. Wygiął dłoń w geście podobnym do tego, kiedy bezdomni żerbają o ochłapy. Ze specyficznym, niby to krystalicznym chrzęstem cząstki niewidoczne nawet dla oka zbijały się ze sobą w lśniące delikatnym lazurem fragmenty. Te z kolei wirowały zawrotnie, aż dopasowywały się na tyle, by scalić i z błyskiem zmienić w dłuższą niż normalnie strzałę, czarną i z gwieździstym grotem o ząbkowanych krawędziach. Mężczyzna bez zwłoki zaczął przecinać więzy i już po chwili linka pacnęła głucho na posadzkę, a "upuszczona" strzała rozprysła się na tysiące drobin i zniknęła bez śladu. Rozcierając nadgarstki i nieśpiesznym krokiem zmierzając na środek sali wejściowej, obracał się dookoła. Piękne było to miejsce. Obszerne, stare, aż mityczne. Drobne pajęcze pęknięcia na freskach zdobiących sufit były nie zawadą, a w pewnym sensie ozdobą. Tylko te puste przestrzenie, jak bardzo stara idea, która kiedyś powstała i ktoś ją porzucił, miało być złote miasto, a wyszła zwykła wioska.
Na dźwięk powitalnych słów w języku, który Gabrielowi był obcy, odwrócił się szybko i popatrzył nieprzychylnie, czyli w zasadzie odruchowo. Jakaś kobieta na schodach zatrzymała się w pół kroku, oboje mierzyli się wzrokiem. Lubił takie "potyczki". Splótł ramiona na piersi w dość aroganckim geście, w krnąbrnym uśmieszku szczerzył podwójne kły.
- Nie bardzo wiem, czy się kłaniać, czy też czuć obrażony, zważywszy na to, że gościa raczej wita się w języku, który rozumie...
Zaciął się. Mrowiący mózg rezonans przetoczył się po jego czaszce i z każdą chwilą narastał. Rytmicznie, jakby kroki. Gabriel uniósł trzęsące się ręce i przycisnął je do uszu. Znacznie pochylony szczękał zębami, czuł jak występujące krople potu spływają mu po czole i po nosie. Szarpnął się nieznacznie. Choć oczy miał szeroko otwarte, widok podłogi pokrył się z migawkami. Korytarz o obsydianowych ścianach i odgłos sapania. Przejmujące boleścią szepty o bezradności. Błagania, by ktoś wytrzymał. Przysięgi o niepoddawaniu się. Przytłoczony tym wszystkim wygiął się do tyłu i zaczął wrzeszczeć. Nikt nie wiedział dlaczego...
Ból głowy stał się nie do zniesienia. Almariel przycisnęła czoło do drżących, zimnych dłoni. Każdy szelest niósł ze sobą falę cierpienia, i choć za Mulkhera była gotowa oddać życie, teraz jego ciężkie kroki w jej oczach uchodziły za kataklizm. Doprowadzona na skraj wytrzymałości rzuciła olbrzymowi mało życzliwe spojrzenie, a przecież to nie jego wina, że natura tak mu pobłogosławiła. Wieść o powrocie Triva przyjęła z nikłą namiastką radości, znacznie przygaszoną cierpieniem. Musiała opuścić swój cichutki gabinet i przedzierać się na drugi koniec zamku. Bogowie nie znają litości. Czując szorstki dotyk smoczego nosa na ramieniu uśmiechnęła się nieznacznie. Nie ważne jak bardzo byłby niezgrabny, nigdy nie opuści jej w potrzebie.
Na początku czuła się tak, jakby stała obok dzwonu. Nie zdawała sobie sprawy, że dziwne zjawiska paranormalne, które miały od jakiegoś czasu miejsce, gdy miała migreny, nasiliły się. Mulkher uniósł pancerny łeb i czujnym wzrokiem wpatrywał się w odległy koniec korytarza. Aż tutaj niosło się echo czyjegoś krzyku, lecz to był męski głos. Czyżby Triv? Nie... Almariel trwała w dziwnym odurzeniu, zaistniały rezonans otumanił jej zmysły, lecz nie przyprawiał o ból. Był inny, nieco nawet kuszący, jak mantra... która zaczęła wywlekać z najdalszych zakątków pamięci dawno zapomniane dzieje. Prośby? Obietnice? Uczucie potężnego wysiłku? Kiedy to było...?
Stanąwszy na szczycie schodów, mocno oparta o łapę Mulkhera, popatrzyła nieprzytomnym wzrokiem po sali wejściowej. Rwące uszy wrzaski wywabiły z łóżek tę niewielką grupkę Jeźdźców, którzy zamieszkiwali twierdzę. Ktoś przekomarzał się, ktoś strzelał pytaniami, ale wszyscy patrzyli na prowodyra. Nieznajomy mężczyzna nieznacznie zataczał się po ciasnym okręgu. Być może wyczuł jej obecność, a może był to ślepy los. Ich spojrzenia skrzyżowały się - ona nieobecna, on obłąkaniec. W nieodgadniony sposób wydali się sobie znajomi, lecz to był tylko i wyłącznie ich słodki sekret.
Wtem mężczyzna, jakby na moment odzyskał mowę. Sztywno zaczął krążyć i powtarzać maniakalnie, niby do siebie, a jednak z pewną dozą wyrzutów.
- Ona! Byłaś tam, prosiłaś, ja słyszałem, byłem ciekaw, podszedłem, słyszałem, patrzyłem, byłem ciekaw po co to, starałaś się, posłuchałem, podarowałem co chciała, ale ona nie odeszła jak powinna, wciąż prosiła, niechcący albo chcący pociągnęła mnie za sobą. Ludzie zapomnieli! Jestem choć nie powinienem, nie chcę tu być, nienawidzę tego miejsca, to nie moje miejsce, ludzie nie...
Nagle jakby mu oddechu zabrakło, jakby potok słów go wykończył. Z pełnego wigoru osobnika drastycznie przeobraził się w skorupę bez ikry. Zakołysał się na piętach i zwalił ciężko na podłogę. Wraz z chwilą, gdy uderzył szczęką o posadzkę, ustało zagadkowe wibrowanie powietrza i szaleńcze drżenie łuku na ramieniu Triva. Hipnotyzujący rezonans urwał się raptownie, przez co brutalnie przywrócona do rzeczywistości Almariel zachwiała się znacznie.
Gabriel był większą zagadką, niż się zdawało...
(Dziękuję wybranym autorom za współpracę. Niektóre części tekstu zostały wyróżnione celowo, aby wyjaśnić pewne nieścisłości związane z pobytem i przyszłością postaci Atona oraz Chrysanthe.)
wtorek, 29 września 2015
Para, której rozwód się marzył...
Dedrickowi w życiu nie udawało się nic. Jego gospodarstwo nie prosperowało kwitnąco, żony pięknej nie miał, dochował się trzech córek i żadnego syna, który by ojcowiznę odziedziczył. Nawet rybactwo mu nie szło. Dość mizernej budowy, podstarzały wąsacz w połatanym odzieniu westchnął ciężko i jeszcze raz sprawdził węzły przy zacumowanej łódce. Drapał się po czole w zadumie, kiedy zaintrygował go miarowy chlupot znacznie różniący się od tych słyszanych na co dzień. Niezbyt bystro popatrzył się na taflę jeziora. Coś sunęło pod powierzchnią, woda załamywała się, jak pod dziobem fregaty. Dedrick cofał się, z krzykiem rzucił do ucieczki, gdy zrozumiał, iż stworzenie wcale nie zamierza zwalniać. Padł na brzuch i zakrył głowę ramionami. Istota wyrwała z jeziora, jakby odbijała się od skały, a nie grząskiego dna. Wieśniak otworzył nieśmiało oko i popatrzył na potwora. Był wielki, zielonkawy i skrzył się magicznie nawet w tych skromnych promieniach słońca. Smok, i to jaki! Że też Dedricowi los nie zesłał takiego gada, tylko teściową...
Salę wejściową siedziby Białego Kruka wypełnił dźwięk przypominający grę tysięcy maleńkich dzwoneczków. Ta subtelna symfonia łączyła się z miarowym dudnieniem kroków i towarzyszyła każdemu ruchowi stworzenia, o którym dzisiaj snuło się legendy. Nie pozostając niezauważonym, obcy smok przystanął na chwilę, wypuścił głośno powietrze przez nos i skręcił w jeden z korytarzy. Kilku śmielszych służących wychynęło zza schodów i pomknęło rozpuszczać plotki o zjawieniu się smoka, który samym istnieniem urzeczywistniał marzenia niejednego bogacza...
Głowa Gabriela kiwała się bezwiednie na boki przy każdym stąpnięciu gada. Mężczyzna stęknął z boleścią i powoli otworzył oczy. Półprzytomnie rozejrzał się dookoła, lecz w obszernym pomieszczeniu nie było nic wartego dłuższej uwagi. Chciał poruszyć ramieniem, jednak coś go zatrzymało. Potrząsnął głową, popatrzył na podłogę. Lewitował wewnątrz bariery o lekko czerwonawym odcieniu. Mądrzy ludzie, zdolni ludzie, chociaż nie wiedział, czym zapracował na takie uwięzienie?
- Nie za wygodnie ci?!
Wziął szybki wdech i podniósł wzrok na smocze oblicze zasnute niczym innym, jak złością. Smoczyła parsknęła mieniącą się parą, po czym uderzyła łapą w podłogę w sposób identyczny, kiedy człowiek pragnie rozgnieść karalucha. Nie więcej niż metr od bariery z posadzki wystrzelił wielobarwny kolec, który rósł z każdą chwilą. Magiczna ściana rozprysła się na kawałeczki pod naporem kryształu, ale szpikulec nie zatrzymał się. Uderzył Gabriela w pierś i pchnął go dalej, dopóki nie przygwoździł do ściany. Mężczyzna machinalnie chwycił twór, ze zduszonym jękiem próbując wyswobodzić się z pułapki uniemożliwiającej mu pełen oddech. Szarpał się, kopał, uderzał w kolec, który cofnął się nie pod wpływem wysiłku, a słów reprymendy, jakie usłyszała smoczyca od właścicieli zamku.
- Jeszcze pożałujesz, że go bronisz. - syknęła jadowicie nawet nie zaszczycając "wychowawcy" wzrokiem.
Zjechawszy po ścianie, Gabriel pacnął głucho na podłogę i zaniósł chrapliwym kaszlem. Machnął ręką w stronę smoczycy.
- Słodka jak zawsze. - skomentował dość kpiąco, po czym podniósł się z klęczek. Odchrząknął teatralnie. - Oto Belatica, przyjemna, niczym kiścień w tyłku.
- Zamknij się, Quentin! Już sama twoja osoba oznacza problemy, słów nam nie potrzeba! - bestia pochyliła łeb i zawarczała gardłowo. Gdyby wzrok mógł zabijać, Gabriel zmarłby BARDZO tragicznie.
Salę wejściową siedziby Białego Kruka wypełnił dźwięk przypominający grę tysięcy maleńkich dzwoneczków. Ta subtelna symfonia łączyła się z miarowym dudnieniem kroków i towarzyszyła każdemu ruchowi stworzenia, o którym dzisiaj snuło się legendy. Nie pozostając niezauważonym, obcy smok przystanął na chwilę, wypuścił głośno powietrze przez nos i skręcił w jeden z korytarzy. Kilku śmielszych służących wychynęło zza schodów i pomknęło rozpuszczać plotki o zjawieniu się smoka, który samym istnieniem urzeczywistniał marzenia niejednego bogacza...
Głowa Gabriela kiwała się bezwiednie na boki przy każdym stąpnięciu gada. Mężczyzna stęknął z boleścią i powoli otworzył oczy. Półprzytomnie rozejrzał się dookoła, lecz w obszernym pomieszczeniu nie było nic wartego dłuższej uwagi. Chciał poruszyć ramieniem, jednak coś go zatrzymało. Potrząsnął głową, popatrzył na podłogę. Lewitował wewnątrz bariery o lekko czerwonawym odcieniu. Mądrzy ludzie, zdolni ludzie, chociaż nie wiedział, czym zapracował na takie uwięzienie?
- Nie za wygodnie ci?!
Wziął szybki wdech i podniósł wzrok na smocze oblicze zasnute niczym innym, jak złością. Smoczyła parsknęła mieniącą się parą, po czym uderzyła łapą w podłogę w sposób identyczny, kiedy człowiek pragnie rozgnieść karalucha. Nie więcej niż metr od bariery z posadzki wystrzelił wielobarwny kolec, który rósł z każdą chwilą. Magiczna ściana rozprysła się na kawałeczki pod naporem kryształu, ale szpikulec nie zatrzymał się. Uderzył Gabriela w pierś i pchnął go dalej, dopóki nie przygwoździł do ściany. Mężczyzna machinalnie chwycił twór, ze zduszonym jękiem próbując wyswobodzić się z pułapki uniemożliwiającej mu pełen oddech. Szarpał się, kopał, uderzał w kolec, który cofnął się nie pod wpływem wysiłku, a słów reprymendy, jakie usłyszała smoczyca od właścicieli zamku.
- Jeszcze pożałujesz, że go bronisz. - syknęła jadowicie nawet nie zaszczycając "wychowawcy" wzrokiem.
Zjechawszy po ścianie, Gabriel pacnął głucho na podłogę i zaniósł chrapliwym kaszlem. Machnął ręką w stronę smoczycy.
- Słodka jak zawsze. - skomentował dość kpiąco, po czym podniósł się z klęczek. Odchrząknął teatralnie. - Oto Belatica, przyjemna, niczym kiścień w tyłku.
- Zamknij się, Quentin! Już sama twoja osoba oznacza problemy, słów nam nie potrzeba! - bestia pochyliła łeb i zawarczała gardłowo. Gdyby wzrok mógł zabijać, Gabriel zmarłby BARDZO tragicznie.
(orenmiller.deviantart.com)
Imię: Quentin
Nazwisko: Lebron
Przydomek: Gabriel, tak ochrzciło go pospólstwo ze względu na dobre uczynki. Na cześć anioła stróża, o ironio...
Wiek: -
Płeć: Mężczyzna
Rasa: -
Wygląd: Wcale nie taka z niego kruszynka, chociaż olbrzym też żaden. Zajmuje się, czym zajmuje, więc muskulaturę ma nienaganną. Długie czarno-brązowe włosy zawsze związuje w koński ogon oraz kilka warkoczyków. Mało jest osób, które są w stanie znieść ciężkie spojrzenie jego oczu w kolorze magenta. Odznacza się dość specyficznym sposobem ubierania, ponieważ nie nosi koszul, a samą skórzaną, aż grubą od ilości kieszeni kamizelę z kołnierzem, rękawice bez palców oraz brązowe spodnie spięte na udach paskami. Nosi także sznurowane aż do kolan buty z grubą podeszwą, bardziej przystosowane do kopania po twarzy niż skradanek. Wisienką na torcie dziwności, a także elementem, przez który ludzie często gadają, iż Gabriel próbuje udawać kobietę, jest skórzana "płachta" przymocowana do spodni przy pomocy pasa, długa do połowy łydki. Mężczyzna posiada parę dużych, błoniastych skrzydeł. Jego prawe ramię w całości pokryte jest wytatuowanymi symbolami w niewielkim stopniu wkradającymi się na pierś. Ponadto rzadko widuje się Gabriela bez papierosa w zębach bądź zatkniętego za ucho przyozdobione kolczykiem w kształcie krzyżyka.
Charakter: Gabriel to osoba bardzo skomplikowana. Sprawia wrażenie obojętnego, niewiedzącego czego chce od życia; pędu ku władzy nie czuje, a na ciężar mieszka uwagi specjalnej też nie zwraca. Z drugiej strony jego zachowanie świadczy o dobrym sercu, a nawet skłonności do poświęceń... oraz brak zahamowań, bo bluźni, pali, rozbija się po gospodach, a towarzystwu "miłych pań" nie odmówi (to ostatnie tłumaczy "silną potrzebą przebywania z ludźmi"). Co ciekawe, nie lęka się mrocznego półświatka za to sama myśl o zanurzeniu się w głębokiej wodzie go paraliżuje. "Nie cierpię na syndrom kopniętego szczeniaka" - zwykł zrzędzić, gdy ktoś próbuje okazać mu nieco uprzejmości, co poczytuje sobie za litość. Jest to tym dziwniejsze, zważywszy na jego dziwaczną tendencję do opiekowania się pokonanymi wrogami. Pociąga go nauka, szczególnie alchemia. Jest BARDZO elastyczny moralnie.
Umiejętności: Antytalent magiczny, chociaż potrafi zmaterializować sobie strzały; świetnie radzi sobie w walce wręcz bądź przy pomocy łuku; zna się na alchemii, ze szczególnym wskazaniem na trutki, odtrutki i materiały wybuchowe; może nie wygląda, ale lubi dobrze zjeść, a że w większości gospód podaje się bezkształtną górę żarcia, sam nauczył się całkiem nie najgorzej gotować; ma bardzo wytrzymałą skórę co może być efektem połączenia z pancernym smokiem.
Broń: Ea - broń chyba bardziej charakterystyczna, niż sam właściciel. Łuk ten jest dłuższy i cięższy niż normalni "pobratymcy", więc posiada proporcjonalnie większy zasięg. Górne ramię łuku ozdobione jest rzeźbą w kształcie smoczych skrzydeł, dolne owiniętym ogonem, a rozdziawiony pysk wypluwa pociski. Siła, jaką trzeba włożyć w napięcie łuku sprawia, że po zwolnieniu cięciwa huczy nieznośnie. Gabriel ma pewność, iż Ea jest w jakiś sposób zaklęty, ponieważ gryfy oraz koniuszki rzeźbień pulsują niebieskawym światłem, mimo że broń sama w sobie jest czarna; luminescencja ma miejsce za każdym razem, gdy łuk jest gotowy do wystrzału. Na domiar złego im dłużej Ea pozostaje napięty, tym częściej grot strzały lśni i pocisk nagrzewa się, a broń drży - po piątym rozbłysku, kiedy strzała dosłownie ocieka świetlistą substancją, Gabriel nie jest w stanie utrzymać cięciwy.
Poza Eą, Quentin używa drobnych noży do rzucania oraz całej gamy maleńkich buteleczek poukrywanych gdzie się da, z czego każda zawiera substancję o określonym działaniu: począwszy od trutek i wybuchów, a skończywszy na takich, które po rozbiciu naczynia wytwarzają dym.
Historia: -
Hierarchia: Skrytobójca
(blacktalons.deviantart.com)
Imię: Belatica
Wiek: 308 lat
Płeć: Samica
Rasa: Smok Kryształowy/Lustrochlast, w zależności od regionu.
Wygląd: Jest duża, lecz nie tytaniczna. Przez całą długość ciała ciągną się trzy krezy, choć jedynie środkowa sięga aż do ogona, pozostałe nikną tuż przy zadzie. Z bioder smoczycy wyrastają swego rodzaju "skórzaste" wachlarze. Jednakże srogo myli się ten, kto zakłada, że te nie do końca błoniaste twory są delikatne. Szorstkie są, elastyczności za grosz. Jedynie skrzydła jakoś gną się na wietrze. Cielsko w całości pokrywają odporne na ścieranie łuski odbijające światło niczym szmaragdy, chociaż dla bezpieczeństwa, by nie ściągać na siebie uwagi chciwych łowców i innych nieszczęść, pokryte są ciemnym nalotem. Ten twardy, mineralny pancerz czyni ze smoczycy gada o przystosowaniu bardziej obronnym. Powinna być biała, lecz nabrała zielonkawej barwy ze względu na środowisko, w którym żyje.
Charakter: Bywa impulsywna oraz nie lubi mówić o sobie. Przez swój niedostępny charakter ma bardzo niewielu przyjaciół, w zasadzie to żadnego. Z kolei przez pustelniczy tryb życia, jaki prowadzi jej rasa, nie została nauczona zachowań społecznych. Jej stosunek do Quentina jest dość zastanawiający - smoczyca odnosi się do mężczyzny z agresją należną zwierzęciu zagnanemu w ślepy zaułek, jakby odczuwała coś na kształt obawy. Do samego związku z Gabrielem się nie przyznaje, gdyż obojgu on bardzo doskwiera - jest to prawdopodobnie jedyna kwestia, w której się zgadzają. Poza tym ich relacje ograniczają się do niezbędnego minimum, a nawet podczas krótkich spotkań od parki wieje chłodem, innością i platonicznością.
Umiejętności: Walczy głównie wręcz; niekiedy stosuje zdolność specjalną; smoczyca może żyć zarówno w głębinach jak i na lądzie.
Zdolność specjalna: Sala Luster - w istocie są to dziesiątki mniejszych i większych kryształowych kłów wystrzeliwujących z danej powierzchni.
Historia: Nie ma do opowiedzenia żadnej pasjonującej historii. Większość swego życia spędziła z dala od ludzkich siedzib, śniąc na dnie jeziora lub rozpamiętując, że przyszłość jej rasy stoi pod znakiem zapytania. Niegdyś chętnie polowano na jej ziomków dla drogocennych łusek, kochanych przez damy i pożądanych przez zapalczywych mężów, którzy pragnęli urosnąć do rangi bogów w oczach dziewek. Dlatego dzisiaj prawdziwie kryształowych smoków już nie ma, dumnych, przepięknych kolosów o półprzezroczystych łuskach, mieniących się w świetle tysiącami barw. Ocalałe sztuki skryły się we wszelkich skrajnych środowiskach, od wulkanicznych pustkowi z piekła rodem po najgłębsze odmęty wód, tym samym upodabniając barwy łusek do innych miejscowych smoczych gatunków.
Hierarchia: Wojownik
środa, 26 sierpnia 2015
Jasne światło
Ciepła para unosząca się ponad półmiskiem pachniała
wspaniale. Równie wspaniale jak pachniałoby wszystko po tak długiej i męczącej
podróży. Umysł to dosyć specyficzny narząd, który potrafi płatać figle, aby
tylko osiągnąć swoje niskie, barbarzyńskie wręcz cele. Celem na dziś było zaś
zaspokojenie głodu. Dziewczyna mruknęła z przyjemnością, ciesząc się tą ulotną
chwilą i zabierając za jedzenie. Gulasz, tylko on miał w tej chwili
jakiekolwiek znaczenie.
Huk.
Stół zatrząsł się od siły uderzającej weń pięści.
Naczynie zadzwoniło o blat, a opróżniony do połowy kufel upadł, wylewając z
siebie resztkę zawartości, która powoli poczęła skapywać na brudną podłogę
karczmy.
- Myślałaś, że cię nie znajdę? – wywarczał wściekle
mężczyzna, zrzucając z jej głowy kaptur okrywającego ją płaszcza.
- Nie sądziłam, że będziesz mnie szukał – parsknęła
wciąż wpatrzona w półmisek, nawet nie spoglądając na przybysza. To tyle jeśli
idzie o spokojne zjedzenie posiłku. Chwycił ją za podbródek, zmuszając, aby na
niego popatrzyła. Zamknęła oczy.
- To źle sądziłaś – szepnął wrogo, zbliżając do niej
swoją twarz. Poczuła jego ciepły oddech na policzku i wyrwała się z uchwytu,
wstając gwałtownie.
- Czego nie rozumiesz w stwierdzeniu: z nami KONIEC?
– wycedziła, wpatrzona gdzieś w pustkę koło niego, akcentując agresywnie
ostatnie słowo, jakoby chciała mu je rzucić w twarz niczym truchło martwego
zwierza.
Głosy rozmów
wokół zdawały się nagle umilknąć. Zniecierpliwiony mężczyzna złapał ją za rękę,
bez słowa wyciągając na zewnątrz. Nie potrzebna im była widownia. Z wnętrza
budynku dobywały się zawiedzone gwizdy i buczenie. Strzepnęła z siebie jego
dłoń, gdy tylko się zatrzymał, odciągając ją na ubocze.
- Chciałaś sobie tak po prostu odejść? Myślałaś, że
na to pozwolę? Zabawna z ciebie istota, doprawdy… - powiedział, przysuwając się
do niej i przyciskając ją do drzewa. Nie mogła go dłużej ignorować. Ich oczy
się spotkały, dwa spojrzenia lśniących, ametystowych tęczówek będących dla
siebie niczym swe lustrzane odbicia, pławiące się w swym wzajemnym blasku.
Wstrzymała oddech, gdyż zamiast złości, ujrzała weń coś, czego nigdy by się nie
spodziewała. Nie potrafiła tego nawet określić. On widać też nie potrafił, gdyż
odsunął się od niej z przekleństwem na
ustach, aby za chwilę przygwoździć ją jeszcze mocniej.
- Nie możesz Favill – opuszkami palców dotknął jej
twarzy, wędrując liniami zdobiących ją tatuaży.
Dziewczyna zacisnęła usta, a w jej dłoni zatańczył
sztylet, którego ostrze zatrzymało się na krtani mężczyzny, muskając go swym
zabójczym chłodem.
- Mogę wszystko – szepnęła tuż przy jego uchu.
Mężczyzna nie odsunął się jednak, lecz wciąż trwał z
nią w uścisku, jakby tylko prosząc się o to, by przebiła jego skórę i przecięła
żyły, odbierając ostatnie tchnienie.
- Nic nie rozumiesz, to ja bez ciebie nie mogę
niczego – odparł, odgarniając pasmo zabłąkanych atramentowych włosów z jej
policzka. – …niczego – powtórzył niby cichą mantrę, pochylając się i składając
na jej ustach pocałunek.
Poczuła jego oddech na swych wargach, lecz nie
odwróciła się. Utonęła w ramionach mężczyzny, zniewolona zmysłowym dotykiem
jego ust.
- Dolan… - jej cichy szept, zdający się być miłosnym
wyznaniem, w jednej chwili przemienił się w ostrzegający okrzyk, gdy sztylet w
jej dłoni, przesunął się raptownie, ocierając tępą stroną o szyję i raniąc go w
żuchwę.
Odsunął się, ignorując zupełnie swędzącą szramę,
która powoli wypełniła się świeżą krwią. Spojrzał na nią czujnie.
- Nie możemy być dłużej razem. Nasz czas już się
skończył, skończył się już dawno. Sama nie wiem, dlaczego trwało to aż do
teraz. Dobrze wiesz, że nie poszłam za tobą z miłości. Nieważne co było w
międzyczasie. Przyszedł moment, w którym musiałam sobie przypomnieć jaki był
cel mojej podróży. Chciałam tylko nauczyć się radzić sobie z tym tak, jak ty.
Opanować dar, który został nam zesłany. Teraz jednak wiem, że ty także nie masz
nad nim całkowitej kontroli. Muszę odnaleźć swoją własną drogę i ty również.
Nic nam nie da wzajemne wpatrywanie się w siebie.
- Tylko on jest dla ciebie ważny, dar, tak? –
zaśmiał się ochryple, a wszystko wokół zamilkło. Znajdowali się w martwej
pustce. Zatrzymał czas. - Podążałem tą ścieżką nim cię poznałem, zgłębiałem ją
coraz bardziej, zapuszczając się w jej mroczne ostępy, aby odnaleźć właśnie to,
ciszę. Też tego pragniesz? Myślisz, że wystarczy ci tu ta twoja bestia, że
będziecie szczęśliwi? Długo mi to zajęło, ale zrozumiałem, co jest naprawdę
ważne. Ty mi to dałaś. Bez ciebie mój świat znów będzie taki… - zachwiał się, opierając
o ścianę karczmy, a wszechświat wokół zdawał się ruszyć dalej swoim torem.
Krzyki dochodzące z tawerny boleśnie raniły uszy. Krople szkarłatnej posoki
uderzyły o ziemię. Nie był w stanie tego przewidzieć. Ona była jedyną, której
czyny były dlań jedną wielka niewiadomą. Zrobiła to tak wprawnie, iż nawet nie
zauważył, nie poczuł, kiedy cienkie ostrze zagłębiło się w jego ciele, czyniąc
nie pomierne szkody. Dopiero teraz zdał sobie z tego sprawę. Nie będzie mógł za
nią jechać. Sprytnie.
- Żegnaj Dolanie. Musisz sam nauczyć się zapełniać
swoją ciszę. Ja ci w tym nie pomogę – rzekła. Dopiero teraz zobaczył drugi
sztylet, który otarła palcami z jego krwi, chowając pomiędzy warstwy odzienia.
Odwróciła się od niego i podążyła w głąb lasu, gdzie jaśniały świetlistą bielą
oczy towarzysza jej duszy i jedynego powiernika myśli, Sarosha.
- Wredna istotka – syknął z przekornym uśmiechem na
ustach mężczyzna, przyciskając dłoń do krwawiącej rany i osuwając się w dół
ściany budynku. Najpewniej wezmą go za jakiegoś pijaka. – Znajdę Cię Favill i
będę wtedy dokładnie taki, jakiego sobie wymarzyłaś… - rzucił z przekąsem, patrząc
w ślad za nią, a jego ametystowe oczy zaświeciły jasno w ciemnościach nocy.
Widział.
***
Słyszał jej ciche, stanowcze kroki. Potknęła się,
lecz ani razu nie obróciła za siebie.
- „Jesteś pewna, że to najlepsze rozwiązanie?” – zapytał,
schylając ku niej smukły, nieco wilczy pysk i strzygąc długimi uszyma.
- Dla nas tak – odparła, poprawiając nogawki
luźnego, przypominającego suknię stroju, po czym przeczesała palcami jego długą
grzywę.
- „Dla nas, czy dla was?” – chciał wiedzieć,
przekrzywiając lekko wielki łeb. Favillae uśmiechnęła się tylko na ten widok,
nie odpowiadając. Robił tak od najmłodszych lat i wciąż wyglądało to równie
uroczo, mimo tego, że mało już w nim zostało z puchatej kulki, jaką był
niegdyś.
- Czy to ma znaczenie? – powiedziała zamiast tego,
zaplatając z pasma jego grafitowych włosów warkocz. Nirin nauczyła ją go robić,
każąc w ten sposób odpłacać się za jej zdaniem złote rady w kwestii ubioru. Z
tej to dopiero była księżniczka.
– …dla mnie. Na dzień dzisiejszy sądzę, że to jest
najlepsze dla mnie. Jutro może się okazać, iż nie miałam racji. Zupełnie tak,
jak każdy człowiek nie jestem w stanie tego dla siebie przewidzieć. Robię to,
co uważam za słuszne Sar, zresztą… Sądzę, że spodoba ci się kolejny punkt
naszej podróży – rzekła, spoglądając na swoją prawą dłoń i gładząc jej
powierzchnię opuszkami palców. Wciąż była ona nieskazitelnie pusta, jeżeli nie
liczyć kilku starych blizn. Czekała na to, aż ktoś zapełni ją misternymi
rycinami drobnych, pachnących kwiatów, słowami zapomnianych obietnic.
Smok przestąpił z łapy na łapę, wysuwając i chowając
zakrzywione pazury. Zamachał długim, puszystym ogonem, pełen ekscytacji na
widok malujących się w jego umyśle obrazów.
- „Zakon!” – zawołał z ukontentowaniem, podrzucając
łbem i szeleszcząc olbrzymimi w stosunku do reszty jego ciała skrzydłami.
- Tak, najwyższy czas wracać. Wciąż nie ukończyliśmy
naszego szkolenia podlotku!
- „Phe! Podlotek to może być z ciebie, ze mnie co
najwyżej oberwaniec, albo inny szczeniak!”
- Chłystek może?
- „Bynajmniej!” - bestia parsknęła ze śmiechem, podsuwając
się do niej i schylając, aby ułatwić jej wdrapanie się na swój grzbiet. Nie
mogąc się jednak doczekać, szturchnęła ją pyskiem z niecierpliwości. Dziewczyna
chwyciła się grzywy smoka i dosiadła go niczym bojowego rumaka.
- Ruszajmy! – zawołała, klepiąc go lekko po szyi w
zachęcającym geście.
Sarosh zaryczał nisko, wspinając się na tylne łapy i
stając dęba, po czym przyciskając puchate, pierzaste skrzydła do ciała skoczył
pomiędzy leśną gęstwinę. Zginął pomiędzy cieniami.
Zaszumiały liście. Spomiędzy konarów wysokich drzew
zerwał się czarny ptak. Skrzydła uderzały gwałtownie młócąc powietrze. Głuche
krakanie rozległo się pośród ciszy czasu. W mroku zajaśniały ślepia jarzące się
astralnym błękitem nieboskłonu.
Wrócę… Nim rozlegnie się pieśń gwiazd… Nim księżyc rozświetli się ich
blaskiem…
Oni powrócili.
***
Imię: Favillae
Nazwisko: Photine
Przydomek: Favill, Lawenda
Wiek: 20 lat
Płeć: Kobieta
Rasa: Mieszaniec,
półelf, półczłowiek.
Opis wyglądu: Dziewczyna
średniego wzrostu, o szczupłej, lecz nie elfiej sylwetce i długich,
atramentowych włosach. Pomiędzy lśniącymi pasmami tu i ówdzie kryją się cienkie
warkocze, zaś spod charakterystycznej, krzywo ściętej grzywki wyłania się
czujne spojrzenie lśniących, lawendowych oczu. Pełne usta nawykła zdobić
szeroką kreską z czarnej pomady, na podobieństwo pyska swego smoka. Ciało, jak
również twarz zdobią tatuaże z motywami roślin i archaicznych wzorów, niektóre
widoczne, inne zaś ukryte za włosami, bądź odzieniem. Ubiera się w wygodne,
dopasowane do potrzeb stroje nie krępujące ruchów. Do ulubionych należy
ozdobiony haftami jasno fioletowy gorset na ramiączkach ze skóry, przepasany
dodatkowymi paskami i luźne spodnie, wyglądające niczym długa spódnica. Jedyną
ozdobą jaką ma jest lśniący kryształowy kolczyk noszony przez nią w lewym uchu.
Kiedyś otrzymała oba od swej dawnej przyjaciółki Nirin, niestety jeden z nich
zaginął podczas podróży.
Umiejętności: Brak
ukończonego pełnego szkolenia bojowego, jak i jeździeckiego, choć w smoczym
siodle od zawsze czuła się równie dobrze jak na końskim grzbiecie dosiadanym
przez nią już od najmłodszych lat. Na równi z tym uczyła się władania bronią
wszelaką, z której najbliższą jej sercu pozostały sztylety. W jej dłoniach
kąsają szybciej niźli osy. Zawsze jednak można wyzwać ją na pojedynek, aby
sprawdzić jak radzi sobie z użyciem innej broni, czy raczej jak radzi sobie z
delikatnością przykładania jej do gardła przeciwnika? Czy popłynie krew?
Potrafi również używać uniwersalnych zaklęć obronnych i bojowych manipulujących
czystą energią.
Broń: Dwa, a może i
trzy długie sztylety skrzętnie ukryte pomiędzy obszernymi połami odzienia
wykonane na kształt tych, które niegdyś otrzymała od ojca.
Zdolności specjalne: Wizje czasu. Dar i przekleństwo z którym
się urodziła, pozwalający jej lśniącym oczom dostrzegać przyszłość, jak również
zmieniać jej bieg. Ostrzega i zniewala, niekontrolowane pochłaniając olbrzymie
pokłady magicznej mocy. Może być dla niej śmiertelny.
Charakter: Kiedyś dla
obcych zdawała być się cicha, skryta i milcząca, zaś dla tych, którzy poznali
ją nieco bliżej wytrwała, uparta i impulsywna, a o jej piękny uśmiech trzeba
było stoczyć iście dziki bój. Teraz o ten prawdziwy może być równie trudno,
choć bez wątpienia obdarzy chętnych tym nieco bardziej kąśliwym, acz
kokieteryjnym. Upór wciąż pozostaje jej zaletą, jak i wadą, dorosła jednak na
tyle, iż nie obawia się swoich słów, a zdobyte z czasem doświadczenie dodało
jej odwagi i charyzmy, którymi zaraziła się od swego towarzysza duszy. Nie
będzie jednak słodka i urocza, ani nie pogłaszcze nikogo po główce, nie wliczając
kilku smoczych wyjątków.
Hierarchia: Łowca,
skrytobójca, wojownik, obejmie to stanowisko na którym będzie najbardziej
przydatna zakonowi. Decyzję pozostawiają Starszyźnie.
Historia: Urodziła się
w Sabistrze, Mieście Ludów, zwanym tak poprzez panującą w nim różnorodność
kulturową. Córka kobiety Laurany i jak to mówią udomowionego przezeń dzikiego
mrocznego elfa Derora. Dorastała pod ich czujnym okiem ucząc się jazdy konnej i
fechtunku. Dzieciństwo jej skończyło się szybciej, niż ktokolwiek mógłby
sądzić, gdy niezwykły dar lśniących oczu z którym się urodziła zaczął objawiać
się coraz intensywniej w gwałtownych wizjach wykańczających młode ciało
dziecka. Jej rodzice szukali pomocy wszędzie, aż wreszcie zdawali się ją
znaleźć u Władczyni Ptaków, Pani z Ludu Centaurów, Lilli. To dzięki niej
przewrotnym zdarzeń losem Favill odnalazła swe przeznaczenie, którego nie była
w stanie pokazać żadna z wróżebnych wizji – Sarosha, smoka światła który wybrał
ją spośród wszystkich na swą wieczną towarzyszkę życia. Tego też dnia stała się
ona członkiem Ordo Corvus Albus, Zakonu Białych Kruków i rozpoczęła wraz z nim
szkolenie pod czujnym okiem swych nauczycieli Almariel i Mulkhera. Wszystko
zdawało się iść w jak najlepszym kierunku, jeśli nie liczyć wciąż nasilających
się magiczne wizji, z których uporaniem się próbował jej pomóc Sarosh, gdy z
jej rodzinnego miasta przyszła niepokojąca wiadomość, wzywająca ją do powrotu.
Favillae nie czekając ani chwili wyruszyła wraz ze swym towarzyszem w podróż,
która mając zająć zaledwie ulotną chwilę, okazała się trwać całe lata, aż do
teraz…
![]() |
art by www.shinerai.deviantart.com
|
Imię: Sarosh
Przydomek: Wilk, Światło.
Przydomek: Wilk, Światło.
Wiek: 10 lat
Płeć: Samiec.
Rasa: Smok Światła.
Opis wyglądu: Smok o
masywnej budowie, przełamanej gibkością ruchów i chyżością długich kończyn.
Intensywnie fioletowe i puszyste niegdyś futro ściemniało, aż do grafitowej
barwy w okolicy grzbietu i skrzydeł tworząc długą grzywę na głowie i karku
bestii, po czym objawiając się ponownie na jej puchatym, wilczym ogonie. Po
bokach zaś rozjaśniło się znacznie, skracając do miękkiej sierści. Przejścia
pomiędzy nimi zdobią mieszające się kolorystycznie wzorzyste pasy, odznaczające
się charakterystycznymi plamami na pysku. Ten zaś smukły, o nieco wilczym wyglądzie, wyposażony
w szeregi ostrych kłów, zdobi para świetlistych, żółtobiałych ślepi, będących
niczym para świetlików przysiadająca na powiekach. Łeb kończy para spiczastych
rogów oraz długie, królicze uszy, reagujące na każdy dźwięk i zmianę nastroju. Szeroką pierś zdobi dar i swoistego rodzaju pamiątka przebudzenia mocy otrzymana po powrocie do zakonu od jego Mistrza Mulkhera. Jest to pięć kawałków czarnej, dębowej kory wyrzeźbionych na kształt wilczych kłów różnej wielkości, ułożonych na długim rzemieniu tak, aby najmniejsze trwały po bokach, okalając dwa średnie i jeden największy po środku. Łapy
okraszone dłuższym futrem skrywają ostre pazury, które potrafi wysuwać i chować
względem potrzeb. Całości dopełniają olbrzymie w stosunku do reszty ciała,
ciemne na wierzchu, zaś jasne od spodu, pierzaste skrzydła swym kształtem
przywodzące na myśl sowę śnieżną.
Umiejętności: Brak
ukończonego pełnego szkolenia bojowego, jak i na smoka jeździeckiego. Jego
główną bronią jest jego ciało. Ostre kły, rogi i pazury pomagają przytrzymać,
zranić i zabić wroga, zaś długi, umięśniony ogon i wielkie, ciężkie skrzydła
doskonale sprawdzają się do zbicia przeciwnika z nóg i ogłuszenia go. Ma
doskonały słuch i węch. Potrafi również świadomie korzystać z umiejętności,
jaką jest zlewanie się z cieniem, której zalążki objawiały się u niego już w
młodości. Dzięki niej staje się niewidoczny dla postronnych. Umożliwia mu to
przemykanie się niepostrzeżenie zarówno pośród leśnej głuszy, jak i zamkowych
komnat, wszędzie tam, gdzie nie sięga pełne światło. Zainspirowany niegdyś
przez Arsi doskonalił wciąż sztukę kamuflażu i bezszelestnego podkradania się
do wroga. W związku z tym nauczył się przemieszczać po ziemi równie sprawnie,
jak po niebie. Sam nie korzysta z magii, jeżeli nie liczyć zdolności szybkiej
regeneracji, przekazując moc swej jeźdźczyni.
Zdolności specjalne: Światło
to nic innego jak energia życiowa drzemiąca w każdej istocie. Sarosh poprzez
Dotyk potrafi zarówno ją dawać, jak i odbierać. Jest to umiejętność, która
objawia się niezwykle rzadko, zwykle w kryzysowych sytuacjach zagrożenia życia
jego jeźdźczyni. To dzięki niej potrafił niegdyś zdobyć ilość magicznej mocy
wystarczającą na utrzymanie wizji pochodzących z jej daru. Smok próbuje nauczyć
się nad nią panować, w końcu czym to różni się od przekazywania magii swej
jeźdźczyni? Różni się jednak i w tym cały szkopuł, gdyż jest to moc na tyle
silna, iż przedziera się poprzez wszelkie ochronne bariery odbierając bez
pytania trochę, albo wszystko. Życie. Śladem jego działalności są trzy
uschnięte dęby znajdujące się na terenach zakonu. To one ich uratowały, to je zabił jako pierwsze całkowicie tracąc nad sobą kontrolę, podążając jedynie za ślepym i głuchym instynktem. To z ich kory zrobiony jest naszyjnik, który nosi. Mówi on o drzemiącej w nim wielkiej sile i mocy zdolnej odbierać życie, lecz jednocześnie jest przestrogą i ostrzegawczym znamieniem nie pozwalającym zapomnieć, jak wielka ciąży na nim odpowiedzialność. Wtedy ofiarami stały się wiekowe drzewa, lecz mógł to być przecież ktokolwiek...
Charakter: Charyzmatyczny,
otwarty, ciekawy i pełen energii, a co za tym idzie bardzo niecierpliwy. Mimo
upływu lat ciężko mu usiedzieć w miejscu. Lekkomyślny, wciąż znajduje dla
siebie jakieś zajęcie w mniej, czy bardziej rozważny sposób, częstokroć będąc
przy tym nieznośnie hałaśliwym, albo po prostu nieznośnym. Tęskni za
przeszłością i wspólnymi zabawami z rówieśnikami oraz tymi nieco starszymi
przedstawicielami swojego gatunku. Nie przejmuje się tym jednak, żyjąc tu i
teraz, będący równie gwałtownym co namiętnym. Mimo niegasnącego entuzjazmu
podczas podróży z Favill poznał smak prawdziwego życia i nauczył się z nim
radzić, a nawet doceniać pewne jego gorzkie nuty.
Hierarchia: Łowca, skrytobójca, wojownik, obejmie wraz ze swą jeźdźczynią to stanowisko na którym
będzie najbardziej przydatny zakonowi. Decyzję pozostawiają Starszyźnie.
Historia: Pochodzi z
hodowli zakonu, której został przekazany poprzez Korpus Smoczych Wojowników.
Czekał weń cierpliwie, aż do dnia, gdy na świecie zajaśniało światło jego
bliźniaczej duszy, które od tamtej chwili począł nieustannie do siebie
przywoływać. Wraz z dotykiem dziecięcej dłoni skorupka jego jaja pękła i
skończyły się czasy wszelkiej cierpliwości i spokoju. Rozpoczęła się ich
wspólna historia. Razem podjęli się zakonnego szkolenia pod okiem Almariel i Mulkhera. Nie tylko jednak one było dla nich wyzwaniem. Największe próby stawiały przednimi ich własne, niejednokrotnie głęboko ukryte zdolności, z którymi musieli się mierzyć.
Edit: Sarosh - 28.12.2015r.
Edit: Sarosh - 28.12.2015r.
poniedziałek, 27 lipca 2015
Ponowne otwarcie
Subskrybuj:
Posty (Atom)



