środa, 26 sierpnia 2015

Jasne światło

Ciepła para unosząca się ponad półmiskiem pachniała wspaniale. Równie wspaniale jak pachniałoby wszystko po tak długiej i męczącej podróży. Umysł to dosyć specyficzny narząd, który potrafi płatać figle, aby tylko osiągnąć swoje niskie, barbarzyńskie wręcz cele. Celem na dziś było zaś zaspokojenie głodu. Dziewczyna mruknęła z przyjemnością, ciesząc się tą ulotną chwilą i zabierając za jedzenie. Gulasz, tylko on miał w tej chwili jakiekolwiek znaczenie.

                Huk.

Stół zatrząsł się od siły uderzającej weń pięści. Naczynie zadzwoniło o blat, a opróżniony do połowy kufel upadł, wylewając z siebie resztkę zawartości, która powoli poczęła skapywać na brudną podłogę karczmy.

- Myślałaś, że cię nie znajdę? – wywarczał wściekle mężczyzna, zrzucając z jej głowy kaptur okrywającego ją płaszcza.
- Nie sądziłam, że będziesz mnie szukał – parsknęła wciąż wpatrzona w półmisek, nawet nie spoglądając na przybysza. To tyle jeśli idzie o spokojne zjedzenie posiłku. Chwycił ją za podbródek, zmuszając, aby na niego popatrzyła. Zamknęła oczy.
- To źle sądziłaś – szepnął wrogo, zbliżając do niej swoją twarz. Poczuła jego ciepły oddech na policzku i wyrwała się z uchwytu, wstając gwałtownie.
- Czego nie rozumiesz w stwierdzeniu: z nami KONIEC? – wycedziła, wpatrzona gdzieś w pustkę koło niego, akcentując agresywnie ostatnie słowo, jakoby chciała mu je rzucić w twarz niczym truchło martwego zwierza.

 Głosy rozmów wokół zdawały się nagle umilknąć. Zniecierpliwiony mężczyzna złapał ją za rękę, bez słowa wyciągając na zewnątrz. Nie potrzebna im była widownia. Z wnętrza budynku dobywały się zawiedzone gwizdy i buczenie. Strzepnęła z siebie jego dłoń, gdy tylko się zatrzymał, odciągając ją na ubocze.

- Chciałaś sobie tak po prostu odejść? Myślałaś, że na to pozwolę? Zabawna z ciebie istota, doprawdy… - powiedział, przysuwając się do niej i przyciskając ją do drzewa. Nie mogła go dłużej ignorować. Ich oczy się spotkały, dwa spojrzenia lśniących, ametystowych tęczówek będących dla siebie niczym swe lustrzane odbicia, pławiące się w swym wzajemnym blasku. Wstrzymała oddech, gdyż zamiast złości, ujrzała weń coś, czego nigdy by się nie spodziewała. Nie potrafiła tego nawet określić. On widać też nie potrafił, gdyż odsunął się od  niej z przekleństwem na ustach, aby za chwilę przygwoździć ją jeszcze mocniej.
- Nie możesz Favill – opuszkami palców dotknął jej twarzy, wędrując liniami zdobiących ją tatuaży.
Dziewczyna zacisnęła usta, a w jej dłoni zatańczył sztylet, którego ostrze zatrzymało się na krtani mężczyzny, muskając go swym zabójczym chłodem.
- Mogę wszystko – szepnęła tuż przy jego uchu.
Mężczyzna nie odsunął się jednak, lecz wciąż trwał z nią w uścisku, jakby tylko prosząc się o to, by przebiła jego skórę i przecięła żyły, odbierając ostatnie tchnienie.
- Nic nie rozumiesz, to ja bez ciebie nie mogę niczego – odparł, odgarniając pasmo zabłąkanych atramentowych włosów z jej policzka. – …niczego – powtórzył niby cichą mantrę, pochylając się i składając na jej ustach pocałunek.
Poczuła jego oddech na swych wargach, lecz nie odwróciła się. Utonęła w ramionach mężczyzny, zniewolona zmysłowym dotykiem jego ust.
- Dolan… - jej cichy szept, zdający się być miłosnym wyznaniem, w jednej chwili przemienił się w ostrzegający okrzyk, gdy sztylet w jej dłoni, przesunął się raptownie, ocierając tępą stroną o szyję i raniąc go w żuchwę.
Odsunął się, ignorując zupełnie swędzącą szramę, która powoli wypełniła się świeżą krwią. Spojrzał na nią czujnie.
- Nie możemy być dłużej razem. Nasz czas już się skończył, skończył się już dawno. Sama nie wiem, dlaczego trwało to aż do teraz. Dobrze wiesz, że nie poszłam za tobą z miłości. Nieważne co było w międzyczasie. Przyszedł moment, w którym musiałam sobie przypomnieć jaki był cel mojej podróży. Chciałam tylko nauczyć się radzić sobie z tym tak, jak ty. Opanować dar, który został nam zesłany. Teraz jednak wiem, że ty także nie masz nad nim całkowitej kontroli. Muszę odnaleźć swoją własną drogę i ty również. Nic nam nie da wzajemne wpatrywanie się w siebie.
- Tylko on jest dla ciebie ważny, dar, tak? – zaśmiał się ochryple, a wszystko wokół zamilkło. Znajdowali się w martwej pustce. Zatrzymał czas. - Podążałem tą ścieżką nim cię poznałem, zgłębiałem ją coraz bardziej, zapuszczając się w jej mroczne ostępy, aby odnaleźć właśnie to, ciszę. Też tego pragniesz? Myślisz, że wystarczy ci tu ta twoja bestia, że będziecie szczęśliwi? Długo mi to zajęło, ale zrozumiałem, co jest naprawdę ważne. Ty mi to dałaś. Bez ciebie mój świat znów będzie taki… - zachwiał się, opierając o ścianę karczmy, a wszechświat wokół zdawał się ruszyć dalej swoim torem. Krzyki dochodzące z tawerny boleśnie raniły uszy. Krople szkarłatnej posoki uderzyły o ziemię. Nie był w stanie tego przewidzieć. Ona była jedyną, której czyny były dlań jedną wielka niewiadomą. Zrobiła to tak wprawnie, iż nawet nie zauważył, nie poczuł, kiedy cienkie ostrze zagłębiło się w jego ciele, czyniąc nie pomierne szkody. Dopiero teraz zdał sobie z tego sprawę. Nie będzie mógł za nią jechać. Sprytnie.
- Żegnaj Dolanie. Musisz sam nauczyć się zapełniać swoją ciszę. Ja ci w tym nie pomogę – rzekła. Dopiero teraz zobaczył drugi sztylet, który otarła palcami z jego krwi, chowając pomiędzy warstwy odzienia. Odwróciła się od niego i podążyła w głąb lasu, gdzie jaśniały świetlistą bielą oczy towarzysza jej duszy i jedynego powiernika myśli, Sarosha.
- Wredna istotka – syknął z przekornym uśmiechem na ustach mężczyzna, przyciskając dłoń do krwawiącej rany i osuwając się w dół ściany budynku. Najpewniej wezmą go za jakiegoś pijaka. – Znajdę Cię Favill i będę wtedy dokładnie taki, jakiego sobie wymarzyłaś… - rzucił z przekąsem, patrząc w ślad za nią, a jego ametystowe oczy zaświeciły jasno w ciemnościach nocy. Widział.

***

Słyszał jej ciche, stanowcze kroki. Potknęła się, lecz ani razu nie obróciła za siebie.
- „Jesteś pewna, że to najlepsze rozwiązanie?” – zapytał, schylając ku niej smukły, nieco wilczy pysk i strzygąc długimi uszyma.
- Dla nas tak – odparła, poprawiając nogawki luźnego, przypominającego suknię stroju, po czym przeczesała palcami jego długą grzywę.
- „Dla nas, czy dla was?” – chciał wiedzieć, przekrzywiając lekko wielki łeb. Favillae uśmiechnęła się tylko na ten widok, nie odpowiadając. Robił tak od najmłodszych lat i wciąż wyglądało to równie uroczo, mimo tego, że mało już w nim zostało z puchatej kulki, jaką był niegdyś.
- Czy to ma znaczenie? – powiedziała zamiast tego, zaplatając z pasma jego grafitowych włosów warkocz. Nirin nauczyła ją go robić, każąc w ten sposób odpłacać się za jej zdaniem złote rady w kwestii ubioru. Z tej to dopiero była księżniczka.
– …dla mnie. Na dzień dzisiejszy sądzę, że to jest najlepsze dla mnie. Jutro może się okazać, iż nie miałam racji. Zupełnie tak, jak każdy człowiek nie jestem w stanie tego dla siebie przewidzieć. Robię to, co uważam za słuszne Sar, zresztą… Sądzę, że spodoba ci się kolejny punkt naszej podróży – rzekła, spoglądając na swoją prawą dłoń i gładząc jej powierzchnię opuszkami palców. Wciąż była ona nieskazitelnie pusta, jeżeli nie liczyć kilku starych blizn. Czekała na to, aż ktoś zapełni ją misternymi rycinami drobnych, pachnących kwiatów, słowami zapomnianych obietnic.
Smok przestąpił z łapy na łapę, wysuwając i chowając zakrzywione pazury. Zamachał długim, puszystym ogonem, pełen ekscytacji na widok malujących się w jego umyśle obrazów.
- „Zakon!” – zawołał z ukontentowaniem, podrzucając łbem i szeleszcząc olbrzymimi w stosunku do reszty jego ciała skrzydłami.
- Tak, najwyższy czas wracać. Wciąż nie ukończyliśmy naszego szkolenia podlotku!
- „Phe! Podlotek to może być z ciebie, ze mnie co najwyżej oberwaniec, albo inny szczeniak!”
- Chłystek może?
- „Bynajmniej!” - bestia parsknęła ze śmiechem, podsuwając się do niej i schylając, aby ułatwić jej wdrapanie się na swój grzbiet. Nie mogąc się jednak doczekać, szturchnęła ją pyskiem z niecierpliwości. Dziewczyna chwyciła się grzywy smoka i dosiadła go niczym bojowego rumaka.
- Ruszajmy! – zawołała, klepiąc go lekko po szyi w zachęcającym geście.
Sarosh zaryczał nisko, wspinając się na tylne łapy i stając dęba, po czym przyciskając puchate, pierzaste skrzydła do ciała skoczył pomiędzy leśną gęstwinę. Zginął pomiędzy cieniami.

Zaszumiały liście. Spomiędzy konarów wysokich drzew zerwał się czarny ptak. Skrzydła uderzały gwałtownie młócąc powietrze. Głuche krakanie rozległo się pośród ciszy czasu. W mroku zajaśniały ślepia jarzące się astralnym błękitem nieboskłonu.
Wrócę… Nim rozlegnie się pieśń gwiazd… Nim księżyc rozświetli się ich blaskiem…

Oni powrócili.


***

art by www.charlie-bowater.deviantart.com
Imię: Favillae
Nazwisko: Photine
Przydomek: Favill, Lawenda
Wiek: 20 lat
Płeć: Kobieta
Rasa: Mieszaniec, półelf, półczłowiek.
Opis wyglądu: Dziewczyna średniego wzrostu, o szczupłej, lecz nie elfiej sylwetce i długich, atramentowych włosach. Pomiędzy lśniącymi pasmami tu i ówdzie kryją się cienkie warkocze, zaś spod charakterystycznej, krzywo ściętej grzywki wyłania się czujne spojrzenie lśniących, lawendowych oczu. Pełne usta nawykła zdobić szeroką kreską z czarnej pomady, na podobieństwo pyska swego smoka. Ciało, jak również twarz zdobią tatuaże z motywami roślin i archaicznych wzorów, niektóre widoczne, inne zaś ukryte za włosami, bądź odzieniem. Ubiera się w wygodne, dopasowane do potrzeb stroje nie krępujące ruchów. Do ulubionych należy ozdobiony haftami jasno fioletowy gorset na ramiączkach ze skóry, przepasany dodatkowymi paskami i luźne spodnie, wyglądające niczym długa spódnica. Jedyną ozdobą jaką ma jest lśniący kryształowy kolczyk noszony przez nią w lewym uchu. Kiedyś otrzymała oba od swej dawnej przyjaciółki Nirin, niestety jeden z nich zaginął podczas podróży.
Umiejętności: Brak ukończonego pełnego szkolenia bojowego, jak i jeździeckiego, choć w smoczym siodle od zawsze czuła się równie dobrze jak na końskim grzbiecie dosiadanym przez nią już od najmłodszych lat. Na równi z tym uczyła się władania bronią wszelaką, z której najbliższą jej sercu pozostały sztylety. W jej dłoniach kąsają szybciej niźli osy. Zawsze jednak można wyzwać ją na pojedynek, aby sprawdzić jak radzi sobie z użyciem innej broni, czy raczej jak radzi sobie z delikatnością przykładania jej do gardła przeciwnika? Czy popłynie krew? Potrafi również używać uniwersalnych zaklęć obronnych i bojowych manipulujących czystą energią.
Broń: Dwa, a może i trzy długie sztylety skrzętnie ukryte pomiędzy obszernymi połami odzienia wykonane na kształt tych, które niegdyś otrzymała od ojca.
 Zdolności specjalne: Wizje czasu. Dar i przekleństwo z którym się urodziła, pozwalający jej lśniącym oczom dostrzegać przyszłość, jak również zmieniać jej bieg. Ostrzega i zniewala, niekontrolowane pochłaniając olbrzymie pokłady magicznej mocy. Może być dla niej śmiertelny.
Charakter: Kiedyś dla obcych zdawała być się cicha, skryta i milcząca, zaś dla tych, którzy poznali ją nieco bliżej wytrwała, uparta i impulsywna, a o jej piękny uśmiech trzeba było stoczyć iście dziki bój. Teraz o ten prawdziwy może być równie trudno, choć bez wątpienia obdarzy chętnych tym nieco bardziej kąśliwym, acz kokieteryjnym. Upór wciąż pozostaje jej zaletą, jak i wadą, dorosła jednak na tyle, iż nie obawia się swoich słów, a zdobyte z czasem doświadczenie dodało jej odwagi i charyzmy, którymi zaraziła się od swego towarzysza duszy. Nie będzie jednak słodka i urocza, ani nie pogłaszcze nikogo po główce, nie wliczając kilku smoczych wyjątków.
Hierarchia: Łowca, skrytobójca, wojownik, obejmie to stanowisko na którym będzie najbardziej przydatna zakonowi. Decyzję pozostawiają Starszyźnie.
Historia: Urodziła się w Sabistrze, Mieście Ludów, zwanym tak poprzez panującą w nim różnorodność kulturową. Córka kobiety Laurany i jak to mówią udomowionego przezeń dzikiego mrocznego elfa Derora. Dorastała pod ich czujnym okiem ucząc się jazdy konnej i fechtunku. Dzieciństwo jej skończyło się szybciej, niż ktokolwiek mógłby sądzić, gdy niezwykły dar lśniących oczu z którym się urodziła zaczął objawiać się coraz intensywniej w gwałtownych wizjach wykańczających młode ciało dziecka. Jej rodzice szukali pomocy wszędzie, aż wreszcie zdawali się ją znaleźć u Władczyni Ptaków, Pani z Ludu Centaurów, Lilli. To dzięki niej przewrotnym zdarzeń losem Favill odnalazła swe przeznaczenie, którego nie była w stanie pokazać żadna z wróżebnych wizji – Sarosha, smoka światła który wybrał ją spośród wszystkich na swą wieczną towarzyszkę życia. Tego też dnia stała się ona członkiem Ordo Corvus Albus, Zakonu Białych Kruków i rozpoczęła wraz z nim szkolenie pod czujnym okiem swych nauczycieli Almariel i Mulkhera. Wszystko zdawało się iść w jak najlepszym kierunku, jeśli nie liczyć wciąż nasilających się magiczne wizji, z których uporaniem się próbował jej pomóc Sarosh, gdy z jej rodzinnego miasta przyszła niepokojąca wiadomość, wzywająca ją do powrotu. Favillae nie czekając ani chwili wyruszyła wraz ze swym towarzyszem w podróż, która mając zająć zaledwie ulotną chwilę, okazała się trwać całe lata, aż do teraz…

art by www.shinerai.deviantart.com
Imię: Sarosh
Przydomek: Wilk, Światło.
Wiek: 10 lat
Płeć: Samiec.
Rasa:  Smok Światła.
Opis wyglądu: Smok o masywnej budowie, przełamanej gibkością ruchów i chyżością długich kończyn. Intensywnie fioletowe i puszyste niegdyś futro ściemniało, aż do grafitowej barwy w okolicy grzbietu i skrzydeł tworząc długą grzywę na głowie i karku bestii, po czym objawiając się ponownie na jej puchatym, wilczym ogonie. Po bokach zaś rozjaśniło się znacznie, skracając do miękkiej sierści. Przejścia pomiędzy nimi zdobią mieszające się kolorystycznie wzorzyste pasy, odznaczające się charakterystycznymi plamami na pysku. Ten zaś  smukły, o nieco wilczym wyglądzie, wyposażony w szeregi ostrych kłów, zdobi para świetlistych, żółtobiałych ślepi, będących niczym para świetlików przysiadająca na powiekach. Łeb kończy para spiczastych rogów oraz długie, królicze uszy, reagujące na każdy dźwięk i zmianę nastroju. Szeroką pierś zdobi dar i swoistego rodzaju pamiątka przebudzenia mocy otrzymana po powrocie do zakonu od jego Mistrza Mulkhera. Jest to pięć kawałków czarnej, dębowej kory wyrzeźbionych na kształt wilczych kłów różnej wielkości, ułożonych na długim rzemieniu tak, aby najmniejsze trwały po bokach, okalając dwa średnie i jeden największy po środku.  Łapy okraszone dłuższym futrem skrywają ostre pazury, które potrafi wysuwać i chować względem potrzeb. Całości dopełniają olbrzymie w stosunku do reszty ciała, ciemne na wierzchu, zaś jasne od spodu, pierzaste skrzydła swym kształtem przywodzące na myśl sowę śnieżną.
Umiejętności: Brak ukończonego pełnego szkolenia bojowego, jak i na smoka jeździeckiego. Jego główną bronią jest jego ciało. Ostre kły, rogi i pazury pomagają przytrzymać, zranić i zabić wroga, zaś długi, umięśniony ogon i wielkie, ciężkie skrzydła doskonale sprawdzają się do zbicia przeciwnika z nóg i ogłuszenia go. Ma doskonały słuch i węch. Potrafi również świadomie korzystać z umiejętności, jaką jest zlewanie się z cieniem, której zalążki objawiały się u niego już w młodości. Dzięki niej staje się niewidoczny dla postronnych. Umożliwia mu to przemykanie się niepostrzeżenie zarówno pośród leśnej głuszy, jak i zamkowych komnat, wszędzie tam, gdzie nie sięga pełne światło. Zainspirowany niegdyś przez Arsi doskonalił wciąż sztukę kamuflażu i bezszelestnego podkradania się do wroga. W związku z tym nauczył się przemieszczać po ziemi równie sprawnie, jak po niebie. Sam nie korzysta z magii, jeżeli nie liczyć zdolności szybkiej regeneracji, przekazując moc swej jeźdźczyni.
Zdolności specjalne: Światło to nic innego jak energia życiowa drzemiąca w każdej istocie. Sarosh poprzez Dotyk potrafi zarówno ją dawać, jak i odbierać. Jest to umiejętność, która objawia się niezwykle rzadko, zwykle w kryzysowych sytuacjach zagrożenia życia jego jeźdźczyni. To dzięki niej potrafił niegdyś zdobyć ilość magicznej mocy wystarczającą na utrzymanie wizji pochodzących z jej daru. Smok próbuje nauczyć się nad nią panować, w końcu czym to różni się od przekazywania magii swej jeźdźczyni? Różni się jednak i w tym cały szkopuł, gdyż jest to moc na tyle silna, iż przedziera się poprzez wszelkie ochronne bariery odbierając bez pytania trochę, albo wszystko. Życie. Śladem jego działalności są trzy uschnięte dęby znajdujące się na terenach zakonu. To one ich uratowały, to je zabił jako pierwsze całkowicie tracąc nad sobą kontrolę, podążając jedynie za ślepym i głuchym instynktem. To z ich kory zrobiony jest naszyjnik, który nosi. Mówi on o drzemiącej w nim wielkiej sile i mocy zdolnej odbierać życie, lecz jednocześnie jest przestrogą i ostrzegawczym znamieniem nie pozwalającym zapomnieć, jak wielka ciąży na nim odpowiedzialność. Wtedy ofiarami stały się wiekowe drzewa, lecz mógł to być przecież ktokolwiek... 
Charakter: Charyzmatyczny, otwarty, ciekawy i pełen energii, a co za tym idzie bardzo niecierpliwy. Mimo upływu lat ciężko mu usiedzieć w miejscu. Lekkomyślny, wciąż znajduje dla siebie jakieś zajęcie w mniej, czy bardziej rozważny sposób, częstokroć będąc przy tym nieznośnie hałaśliwym, albo po prostu nieznośnym. Tęskni za przeszłością i wspólnymi zabawami z rówieśnikami oraz tymi nieco starszymi przedstawicielami swojego gatunku. Nie przejmuje się tym jednak, żyjąc tu i teraz, będący równie gwałtownym co namiętnym. Mimo niegasnącego entuzjazmu podczas podróży z Favill poznał smak prawdziwego życia i nauczył się z nim radzić, a nawet doceniać pewne jego gorzkie nuty.
Hierarchia: Łowca, skrytobójca, wojownik, obejmie wraz ze swą jeźdźczynią to stanowisko na którym będzie najbardziej przydatny zakonowi. Decyzję pozostawiają Starszyźnie.
Historia: Pochodzi z hodowli zakonu, której został przekazany poprzez Korpus Smoczych Wojowników. Czekał weń cierpliwie, aż do dnia, gdy na świecie zajaśniało światło jego bliźniaczej duszy, które od tamtej chwili począł nieustannie do siebie przywoływać. Wraz z dotykiem dziecięcej dłoni skorupka jego jaja pękła i skończyły się czasy wszelkiej cierpliwości i spokoju. Rozpoczęła się ich wspólna historia. Razem podjęli się zakonnego szkolenia pod okiem Almariel i Mulkhera. Nie tylko jednak one było dla nich wyzwaniem. Największe próby stawiały przednimi ich własne, niejednokrotnie głęboko ukryte zdolności, z którymi musieli się mierzyć.

Edit: Sarosh - 28.12.2015r. 

poniedziałek, 27 lipca 2015

Ponowne otwarcie

   Witajcie, jeźdźcy, smoki, wędrowcy!

   Starszyzna ma przyjemność ogłosić, że ponownie otwieramy wrota białego zamku ku światu. Zapraszamy do wspólnego tworzenia historii tego miejsca!
 
   Regulamin ---> TUTAJ
   Rekrutacja ---> TUTAJ

   Almariel&Mulkher, Aerlin&Jivreg

niedziela, 15 czerwca 2014

Nieznane konstelacje; cz.I

[http://vampireprincess007.deviantart.com/]

    

      Baldis śniła.
    Podążała szeroką, brukowaną aleją, oświetloną nienaturalnie silnym blaskiem niepojętej ilości gwiazd. Było bardzo jasno, aż kuło w oczy, mimo, iż trwała noc. Drogę okalały strzeliste, przypominające zamkowe baszty budynki, niedaleko szumiała fontanna, zagłuszając ledwo słyszalne, sporadyczne trele ptactwa.  Zmrużyła oczy, by dojrzeć coś więcej na szarej linii horyzontu. W oddali majaczyły kolory zieleni i bieli.
    Miasto wyglądało na opustoszałe. Zwiększyła tempo marszu, aż w końcu przeszła do truchtu. Nie skręcała z głównej drogi, obawiała się, że zabłądzi pośród plątaniny ścieżek, chociaż nie wiedziała, dokąd zmierza… Słuchała intuicji, serca, które biło mocniej z każdym przebytym metrem.  Miejski krajobraz długo nie zmieniał się, raził monotonnymi szarościami, aż w końcu jej oczom ukazały się sady. Rzędy pięknych, zadziwiających kształtów drzew, emanujących lekko fosforyzującym blaskiem, uginających się pod soczyście czerwonymi i pomarańczowymi owocami. Zatrzymała się na chwilę, oddychając szybko. Rozejrzała się. Nad ogrodami królowała cytadela. Biała metropolia, przy której reszta budynków wyglądała jak domki  z kart. Na wieżach furkotały czarne flagi z nieznanym, białym symbolem. Chociaż smoczyca poczuła niepokój, ruszyła w kierunku fortecy, usłuchawszy instynktu, który zdawał się mówić, że to właśnie ona jest celem jej podróży.
    Usłyszała gromki głos wielu gardeł, wypowiadających te same słowa; słowa w nieznanym dla niej języku, rozbrzmiewające dumnie i patetycznie donośnym echem. Potem muzykę, która wpierw cicha i powolna, po chwil przeistoczyła się w istną burzę silnych i głośnych dźwięków. Potem śpiew. I znów chór głosów. Biegła ile sił.
   Ku jej zdziwieniu, główne bramy były otwarte na oścież. Nikt jej nie zatrzymał. Nikt nie zwrócił na nią uwagi, gdy wychynęła z cienia.
   Ogromny plac był przepełniony. Gdzie okiem sięgnął, tam ludzie, dziwnie bladzi, z głowami zwróconymi w stronę szerokiego piedestału, na którym odbywała się uroczystość. Osiem tajemniczych postaci, ubranych w kosztowne i zdobne stroje, wyróżniało się wyraźnie na tle szarego ludu. Obok nich stał korowód kapłański, rzetelnie recytujący formuły rytuału. Jeden z nich wykrzyknął coś nagle, co spotkało się z niespokojnym pomrukiem. I wtedy wzrok wszystkich skierował się na Niego.
    Za piedestałem ciągnął się pas schodów z czarnego marmuru. Na jego szczycie, na tronie, zasiadał mężczyzna, który dotąd wydawał się być jednym z nieruchomych posągów, ustawionych szeregiem na bokach cytadeli. Powstał, powoli, poły atramentowej szaty spłynęły z kolan w towarzystwie nieznacznego szelestu. Ów nieznany świat zaniósł się ciszą. Mężczyzna przerwał ją mantrą, modlitwą, której słowa niosły się magicznym echem po okolicy. Rozpoczął powolną wędrówkę w dół, ku swojemu ludowi, by ukazać się w pełnym świetle nierealnie skrzących się gwiazd. Z prawej strony głowy, w kruczych pasmach błyskały gdzieniegdzie srebrzyste perełki, malutkie jak łzy, ułożone w półokrągłe ogniwa.  Z lewej krótkie, szare włosy od czasu do czasu zrywały się do leniwego tańca, niczym kłosy zboża w objęciach wiatru. Białe, bezdenne oczy, niemalże zlewające się z nienaturalnie jasną skórą, utkwione były w jednym punkcie, jednak zdawały się nie dostrzegać niczego prócz sensu wypowiadanych słów. Blade, świetliste punkciki, nie większe od kropelek deszczu, rozsiane były po całej twarzy, niemej, zamarłej. Zaklętej…
     Gdy postawił ostatni krok, dziewięć postaci, kapłani, lud, wszyscy padli na kolana, by należycie oddać hołd temu, który był słowem Gwiazd, słowem Światła, słowem Życia, słowem Śmierci.
     Jemu. Bogu wśród śmiertelnych.
   Wypowiedział jedno słowo, wykonał zamaszysty gest ręką ukrytą pod obszernym płaszczem. I wtedy rozległ się krzyk.
   Tłum zgromadzony we wschodniej części placu rozstąpił się, pomrukując, ni to z przerażenia, ni to z ekscytacji. Baldis zadrżała. Krzyk nie ustawał. Zdał się trwać wieki, rozdzierając przestrzeń niewysłowionym bólem.
    W końcu ponownie nastała cisza. Lud okrążył bezwiedne ciało nastoletniego chłopaka o włosach koloru śniegu, teraz umazanych błotem zalegającym na bruku. Obok niego klęczała kobieta ubrana w skromny, bury strój. Płakała, uśmiechała się. Była szczęśliwa.
    Pod rozdartą koszulą jej syna, na piersi, przy sercu, pulsował na bladoniebiesko Znak. Zza jego granic wyciekła strużka ciemnej krwi.
 - Dziewiąty – jedno słowo uleciało na eterycznej wstędze Jego głosu. Podszedł do wielkiej, kryształowej misy wypełnionej po brzegi wodą, umiejscowionej na prawym skrzydle ołtarza. Korowód postaci, barwnych jak rajskie ptaki, skierował nań swe oczy.
    Tafla marszczyła się, burzyła niespokojną falą, aż wreszcie ukazała kształt znaku, takiego samego, który przed sekundą wykwitł na młodzieńczej piersi.
- Serkan.
    Jeden z ośmiu wystąpił, prawą dłoń złożoną w pięść przycisnął do piersi. Jego płomiennymi włosami szarpnął wiatr, zakrył krwiste tęczówki, zamarłe w trudnej do zdefiniowania emocji. W końcu, jakoby po chwili wahania, skłonił głowę.
    Laguny ślepi Baldis spoczęły na Nim. A On spojrzał na nią. I uśmiechnął się.

   
   Para tańcząca nad kubkiem gorącej, krzepiącej zupy warzywnej zupełnie nie przejmowała się okropnym wiatrzyskiem i bezdennymi ciemnościami ogarniającymi świat na zewnątrz. Ba, wręcz kpiła sobie otwarcie, roztaczając wokół intensywny aromat posiłku, kołysząc się na tle pomarańczowych jęzorów ognia przygrywających na drwach w kominku. Małą, acz wdzięczną widownią były zapalone tu i ówdzie świece, trochę przysypiające, lekko rozświetlające ciemniejsze zakamarki komnaty.
- Zima spóźnia się w tym roku… - cichy głos podniósł czarną powiekę drzemiącego smoka.
- „Gdy się wreszcie zbudzi, wszystkim nam da popalić…” – gad ziewnął, ukazując w pełnej okazałości spiczaste zębiska.
   Ciemnowłosa uśmiechnęła się pod nosem i ujęła w dłonie drewniany kubek. Nie odezwała się już więcej, znów popadając w zadumę, która odbijała się niespokojnym blaskiem w błękitnych oczach. Utkwiła wzrok w mroku nocy, niezmąconym, władającym tego wieczora niepodzielnie.
   Ponownie przybyły niechciane myśli. Dziwne przeczucia, których wolałaby nie mieć. Obawy nabierające siły z każdym dniem… Ostatnie wydarzenia zdawały się oddalać każdą parę Ordo od siebie. Zamek coraz częściej cichł, a gdy rozbrzmiewał na nowo, to nie gwarami rozmów, lecz jadem kłótni i nieporozumień. Próby udzielania rad, łagodzenia konfliktów dawały tylko chwilę ciszy. Ciszy przed burzą. Na dodatek Bertram nie był widziany od bardzo dawna, a wszelkie próby kontaktu z nim kończyły się fiaskiem.  Strażnik winien czuwać, tymczasem… Zmarszczyła brwi. O ile mogła mieć nadzieję, że sytuacja w zamku się polepszy, nie była pewna co do kwestii tajemniczego zniknięcia Skrzydlatego. W głębi duszy nadal czuła do niego urazę z przeszłości i niechętnie przyjmowała jego towarzystwo, nie mówiąc już o radach czy pomocy, mimo to Ordo potrzebowało go, a on... Odgrywał znaczącą rolę w ich świecie, zatem jego nieobecność nie mogła wróżyć niczego dobrego. Co takiego ważnego przyciągało wszystek jego uwagi?
   Przyszłość była jak ta ciemność za oknem, nic nie było widać, nic nie było pewne. Tylko wiatr wizgał wysoko w wieżach, i to nie wiadomo, czy niósł groźbę, strach, a może dobrą nowinę. 
   Kiedy umysł zwiódł ją na manowce wspomnień o tych, którzy odeszli spod skrzydeł Kruka, zmusiła się, by w porę powrócić do rzeczywistości. Była już zbyt zmęczona, a lada dzień mieli wyruszyć, by pomóc leśnym nimfom zamieszkałym dolinę Uperil.
    Gdy rozejrzała się wokół, okazało się, że para znad zupy już dawno skończyła przedstawienie, a smok chrapał w najlepsze.


   Baśniowa zamrugała sennie i podniosła łeb. Aż cała zadrżała, gdy przypomniała sobie, jaki miała sen. Nie… To nie był tylko sen. To było coś więcej. Czuła mrowienie na końcu piór; tak samo jak po użyciu mocy podróżowania między światami. Driada, dotychczas śpiąca wtulona w smoczycę, wyczuła jej nastrój i obudziła się. Spojrzała na nią niespokojnie.
- Wszystko w porządku, Bal? – szepnęła, głaszcząc ją uspokajająco po szyi.
   Baldis jedynie skinęła głową i wstała, chcąc jak najszybciej wybrać się do Mulkhera, by mu wszystko opowiedzieć. Już miała wyjść z pomieszczenia, już mówiła do Sir’ci słowa otuchy, gdy kątem oka wychwyciła ruch za oknem. Potruchtała do okiennicy i westchnęła głośno, widząc, jak czarny wraz z demonicą na grzbiecie płynie wśród szarych, ciężkich chmur.

   Lot trwał krótko; zatrzymali się na skraju lasu. Resztę drogi do doliny musieli przejść pieszo, bowiem nie dojrzeli z góry odpowiednio dużej polany, by smok mógł swobodnie wylądować.
   W lesie narobili sporo rabanu swoją obecnością. Ptaki poczęły krzyczeć w niebogłosy, zwierzyna uciekła, aż w końcu po paru chwilach maszerowali w przejmującej, dziwnej ciszy. Almariel odczepiła od pasa mapę terenów zakonu, studiowała ją chwilę i spojrzała przed siebie. Smok głośno wciągnął powietrze.
- „To tutaj. Czuję wilgoć. Rzeka winna być niedaleko.”
   Gad zdążył powiedzieć swoje, gdy przestrzeń przeciął świst. Almariel podskoczyła, rozkładając skrzydła, jak wystraszony ptak. Jej lodowy wzrok napotkał strzałę, z jasnozielonym opierzeniem, wbitą w zwalony pień niedaleko nich. Czarny mruknął gardłowo. Driady wysłały pierwsze ostrzeżenie. Demonica zmarszczyła brwi, zaniepokojona. To one same prosiły o pomoc, czyż nie powinny się ich spodziewać?
- Driady z doliny Uperil, przybywamy z pomocą w imieniu Zakonu Białych Kruków. Pozwólcie nam wejść.
   Przez moment nic się nie działo; aż nagle powietrze przeciął kolejny gwizd, trochę wyższy niż poprzedni. Tuż obok zielonej strzały wbiła się kolejna. Almariel dała znak Mulkherowi. Wycofali się.
   Pogoda była marna. Szaro, zimno… I chyba zanosiło się na deszcz. Przebrnęli przez drogę powrotną, niewygodną dla smoka z racji jego gabarytów i zdecydowali się na chwilę odpoczynku.
- Mam złe przeczucia.
- „Wiem, ja też.”
   Demonica podniosła brew, bo zwykle, gdy mówiła to zdanie, gad skarcił ją, że za dużo się martwi. Wcale nie chciała wiedzieć, że i on coś przeczuwa. Stała się o wiele mniej pewna. Usiadła na gołej ziemi, a w powietrzu, wokół niej, zaczęły kołować małe, czarne kule, brzmiące w przestrzeni rezonansem. Skrzyżowała nogi i podparła podbródek ręką.
- Tak szczerze mówiąc, nie lubię przeprowadzać śledztw. Jesteśmy stworzeni do otwartej walki...
   Poczekała chwilę, aż smok to jakoś skomentuje. Nie doczekała się jednak ani słowa.
- Na dodatek nie za wiele wiem o zwyczajach driad. Uczyłam się u Aerlin, ale czy to wystarczy?
- „Almariel, co chcesz mi przez to powiedzieć?” – mruknął smok, łypiąc na demonicę podejrzliwie, wyrzucając z nozdrzy salwy siwego dymu. Tak naprawdę już wiedział, nie musiał czekać na odpowiedź. Kobieta westchnęła zrezygnowana.
- Chcę powiedzieć, że tym razem mój rozsądek nie wybierał misji, a wszystko inne – podrapała się po brodzie, próbując znaleźć odpowiednie słowa, by określić swoje emocje – Nie wiem, jak to ująć… Po prostu…
   Przerwała, gdy ujrzała przed sobą wielkie ślepia w kolorze rtęci. Poczuła lekkie, delikatne muśnięcie świadomości smoka. Uśmiechnęła się słabo.
- „Wiem, o co Ci chodzi. Ja czuję to samo.”
   Mulkher zdecydowanie wolał zaglądać w umysł i duszę ciemnowłosej, niż analizować jej słowa, bo tak prościej mu było zrozumieć skomplikowaną sieć  jej myśli, przeczuć i emocji.
   Demonica otworzyła szerzej oczy, gdy na pysku gada usiadła sikorka. Zaćwierkała parę razy i ochoczo podskoczyła. Przekrzywiła łebek porozumiewawczo, po czym poderwała się do lotu i poleciała w stronę lasu. Almariel z Mulkherem wymienili spojrzenia i podążyli za ptakiem ku dolinie…

C.D.N.

[Niniejszym odwieszam bloga. Rozpoczynamy rewolucję :)]