poniedziałek, 17 czerwca 2013

Meredith de Nā'iṭa

Podobizna mojego autorstwa.
 
Meredith de Nā'iṭa
Zwana także Judytą, bądź Dith.

Kobieta - Człowiek
Urodzona 22 wiosny temu.

    Pozornie delikatna, krucha i niewinna. Niektórzy twierdzą, że wygląda na próżną i niezbyt mądrą. Średni wzrost i szczupła sylwetka sprawiają, że nie wychyla się ponad innych. Za to jej nietypowa, aż nazbyt blada cera, przyciąga wzrok, szczególnie w połączeniu z ciemnorudymi, sięgającymi łopatek włosami. Kości policzkowe oraz nos ma naznaczone delikatnymi piegami, które stają się ciemniejsze, a co za tym idzie - bardziej wyraźne, gdy zostaną wyeksponowane na działanie promieni słonecznych. Ponadto, Meredith ma tendencję do rumienia się w kłopotliwych sytuacjach, czego nienawidzi.To, co większość dostrzega dopiero po dość długim czasie znajomości, to zielone oczy, idealnie współgrające z rudymi refleksami.


   Na ogół cicha, niewyróżniająca się z tłumu. Woli siedzieć na uboczu i obserwować poczynania innych, aniżeli mówić bez potrzeby. Prędzej coś zrobi, niż powie, że ma jakąś potrzebę czy zachciankę. Zaradna i sprytna na tyle, by poradzić sobie w pojedynkę. Życie w samotności sprawiło, że brakuje jej ciepła i uczucia od innych, niekiedy podświadomie szuka go, albo nawet wymusza. Nie zdradza wszystkiego, co myśli, i nie zawsze robi to, co mówi. Estetka. Jest bardzo opanowana i nie łatwo ulega wpływom. Aczkolwiek można z nią dojść do kompromisu, potrafi się nawet dostosować, jeśli uważa to za słuszne. W stosunku do obranej idei jest lojalna, a władzy wyższej zazwyczaj podporządkowana. 
   Trudno zdobyć jej zaufanie. Nawet jeśli druga osoba odnosi takie wrażenie, to niewykluczone, iż jest w błędzie. Lecz ci, którym naprawdę się udało, wiedzą, że Meredith uwielbia się śmiać, czasem nawet wtedy, gdy wszystko się wali i sypie, ona potrafi poprawić humor, wysłuchać, niekiedy udzielić rady, czy pomóc w jakikolwiek inny sposób.
  Fascynują ją świat dookoła. W szczególności ludzie i część zwierząt. Mogłaby godzinami przypatrywać się takowym i snuć przeróżne historie oraz teorie - dlaczego jest tak, a nie inaczej. Jedynym tematem, którego unika w swych rozmyślaniach, jest samotność. Nie lubi zaprzątać sobie nią głowy, woli pójść w tłum i znaleźć sobie towarzysza, choćby tylko na chwilę.
   Uwielbia noc i gwiazdy. I truskawki, które jadła tylko raz w życiu - z resztą, ukradła je. W głębi duszy jest dość wrażliwą osobą i łatwo ją zranić. Wystarczy, że ma gorszy dzień. Zamyka się wtedy w sobie, siedzi cichutko, pogrążona we własnych myślach.


    Nie posiada jakichś specjalnych umiejętności. Niegdyś próbowała swoich sił w magii, jednak kompletnie jej nie wyszło. Chciałaby nauczyć się strzelać z łuku - osoby, które posiadły tę sztukę są dla niej wzorem do naśladowania. W ostateczności potrafi użyć sztyletu, z którym niemal nigdy się nie rozstaje.

   W hierarchii zajmuje miejsce zwykłego członka.

~*~

   Dwadzieścia dwie wiosny temu, w pewnym mieście nad brzegiem morza, przyszła na świat Meredith. Jej matka zmarła tuż po porodzie. Trafiła pod opiekę babki, którą Dith także utraciła, gdy ukończyła dwanaście lat. Od tamtej pory radziła sobie sama, z drobna pomocą staruszka Ganfarda, jej dobrego znajomego, kupca. Ojca nie miała - ulotnił się, zanim Dith przyszła na świat. Ponoć był Banglijczykiem, wędrowcem, który poznawał świat z pokładu swej dumnej łodzi, zwanej pieszczotliwie "Misti", co oznaczało, po prostu "Słodka". W bengalskim przypominało to dziwne zawijasy. Dith widziała kiedyś ten symbol. Przypominał jej węża pnącego się po kracie. Widziała też swoje nazwisko pisane w oryginale - ono z kolei nie przypominało niczego, co dziewczyna znała. Nā'iṭa. Ponoć oznaczało "noc". A przynajmniej tak mówił Ganfard, handlarz przyprawami, który niegdyś gościł w rodzinnych stronach ojca Meredith i tam miał okazję poznać kilka słów po bengalsku. 
    Pewnego dnia, niemal pół roku po ukończeniu dwudziestego pierwszego roku życia, gdy dziewczyna szła na targowisko, zauważyła, jak z konnego wozu wypadła niewielka skrzynia. Krzyczała za woźnicą, by się zatrzymał. Niestety, nie usłyszał. Pierwsze, co przyszło Dith do głowy, to zostawić pakunek i kontynuować podróż na targ. Mężczyzna wróci, jeśli ta rzecz okaże się ważna. Jednak Meredith zauważyła coś intrygującego na wieku skrzyni. Symbol ড্রাগন. Rozpoznała język ojca, toteż zabrała pudło ze sobą. - jak na swoje gabaryty, gdzie mógł zmieścić się dorosły kot, było wyjątkowo lekkie. Zaufany handlarz przetłumaczył ów symbol.
 -
Ḍrāgana. - Osądził, zdejmując okulary. - To po bengalsku "smok".
   Razem otworzyli przesyłkę. Ku ogromnemu zdziwieniu obojga, odkryli w środku smocze jajo.
   - Myślisz... że jest prawdziwe? - Dziewczyna uniosła wzrok znam jaja, by spojrzeć na staruszka. Ten pokiwał powoli głową.
   - Mhm... Widziałem kiedyś smocze jajo, gdy zwiedzałem Daleki Wschód. - Po tych słowach zniknął na zapleczu. Wrócił z opasłym tomiszczem, oprawionym w skórę. Położył księgę na blat, starł z niej kurz i odszukał stronę, na której widniała podobizna jaja identycznego, jak znalezione. - To pewnie to. Zostało opisane jako... - Tu przetarł i nałożył okulary. Zmarszczył brwi. - Nieznane.
   Nieznane. Tylko tyle widniało na stronie z ilustracją jaja. Rasa: nieznana. Charakter: nieznany. Moce: nieznane. Wygląd: nieznany. Tykająca bomba, która, gdy wybuchnie, da nieoczekiwane skutki. Być może fatalne.
   - Co mam z tym zrobić? - zapytała, wlepiając wzrok w znalezisko.
   - Rozbić, wyrzucić. Żeby nie wyrządziło szkód. - Orzekł krótko, chowając księgę pod ladę.
   Jednak Meredith zbyt przejęła się smoczym jajem. W swojej kryjówce, a jednocześnie skromnym mieszkaniu, na strychu opuszczonej księgarni, gdzie nikt nie zaglądał, obmyślała przeróżne historie na temat wędrówki maleństwa. Czy przybywało aż z Dalekiego Wschodu? Jeśli tak, to jaką drogę przebyło? Zostało znalezione, czy... oddzielone od matki?
   Korzystając z zasobów starej księgarni, przewertowała dziesiątki książek o smokach i legendach. W jednym ze zbiorów natrafiła na smocze zakony. Spis był stary, postanowiła więc sprawdzić informacje w innych źródłach: księgach, pamiętnikach, relacjach z wypraw podróżników. Tak doszła do wniosku, że jedynym funkcjonującym wciąż zakonem, który został wymieniony w spisie, jest Ordo Corvus Albus.
   Nie mając nic do stracenia, postanowiła udać się tam razem z jajem.

   W ciągu miesiąca zgromadziła odpowiednie zapasy i wraz ze zdobyczą udała się w podróż z karawaną kupiecką. Następnie towarzyszyła pewnemu magowi, który był wyraźnie zaintrygowany niewyklutym jeszcze smokiem. Gdy tylko Meredith zorientowała się, że staruch chce ukraść jajo, uciekła, zabierając przy okazji część jego zasobów - głównie jedzenie. Mając ze sobą księgę ze spisem oraz mapami, dotarła do jakiegoś miasta portowego. Zatrzymała się tam na dwa tygodnie, by uzupełnić zapasy i zdobyć pieniądze na przeprawę morską do Killinthoru. Na nowej ziemi, wędrowała przez góry z dwoma poszukiwaczami przygód. Odeskortowali ją w pobliże wymienionego w spisie Corvus Albus.

Rozpoczynając wątek z pierwszym, który zaczepi Judytę:

    Siedziba była ogromna. Meredith podziwiała każdy szczegół. Istny cud świata w porównaniu z zadupiem, w jakim przyszło jej spędzić dwadzieścia lat marnego życia. Dzierżąc w dłoniach skrzynię z jajem, Dith rozglądała się dookoła, szukając kogokolwiek, kto pomógłby jej ze znaleziskiem. Swoją drogą, jajo stało się cięższe w ciągu tych kilku miesięcy. Znacznie cięższe. O ile wtedy ważyło może półtora kilograma, teraz przewyższało tę wartość pewnie trzykrotnie. A wzrost wagi zaczął się jakieś... dwa tygodnie temu. Co takiego się działo? - Dith nie miała pojęcia. Wyczerpana podróżą i noszeniem bagażu, usiadła na pobliskim murku, ustawiając skrzynię między swoimi stopami. Obok był jakiś plac, chyba pole ćwiczeń. Ale nikogo nie było. A ogromne wrota były zamknięte. Czyżby zamknęli zakon i przebyła tyle drogi na marne? Przydałby się nocleg. I coś do jedzenia, bo zapasy się kończą. Dziewczyna odczepiła od pasa sakwę i zaczęła przeliczać tych parę groszy, które jej zostało po podróży. Pieniądze i tak na nic się nie zdadzą, dopóki nie odnajdzie żywej duszy w tym zamczysku.

niedziela, 16 czerwca 2013

Misje II.

Do roboty :)

Data zlecenia: 15.10.2015
Zleceniodawca: Aston, łowca nagród.
Tytuł misji: Ragok
Treść misji: Witajcie. Zwą mnie Aston, jestem łowcą nagród z Ferto. Mnie i moją kompanię przywiodła tutaj wieść o świetnej propozycji. Wysoka sumka czeka na tego, kto ubije Ragoka - górskiego trolla, wyjątkowo uprzykrzającego życie mieszkańcom wioski Taletto. To te cztery domki na krzyż otoczone ostrokołem, naprzeciwko Aterii, po drugiej stronie rzeki. Skąd gospodarz zdobył tyle złota na nagrodę - nie wiem. Ciekawa, acz mało istotna to dla nas kwestia. Niestety, niebezpieczeństwa podróży wytrzebiły większość kamratów, niech im ziemia lekką będzie. Została nas dwójka, zbyt mało, by pokonać trolla mierzącego 13 stóp. Nie chcemy wracać do domu z niczym. Jeśli nam pomożecie, obiecujemy równą część nagrody. Aston
Wykonawcy: -&-
Data wykonania: -
Post: -

Data zlecenia: 15.10.2015
Zleceniodawca: Wolmer Haton, student z Kohiry.
Tytuł misji: Student w potrzebie
Treść misji: Chwała wam, Władcy Niebios, Wiatru Skrzydła! Z góry winien jestem przeprosiny, bądź co bądź zwracam się z prośbą błahą dla świata, jednakże dla mnie kluczem do przyszłości będącą... Wolmer mnie zwą. To już trzy lata będą, jak studiuję o stworach wszelakich świata tego. Wypełniłem już trzy z czterech zadań, jakie profesor mój naczelny Pelandar Haz mi zlecił, bym wreszcie pierwszy z tytułów otrzymał. Pozostało mi ostatnie, wielce kłopotliwe. Mam analizę harpii poczynić. Harpie tylko w górach żyją, to pół Killinthoru drogi. A muszę jedną dojrzeć, by w pełni być pewnym co do słuszności słów książkowych. Jednakowoż na marno pójdzie mój wysiłek, kiedy to harpia mnie swymi szponami na miejscu rozedrze. Biedny jestem, na konia nie stać, a co dopiero na najemnika... I tak już podróż na dziko przyjdzie mi przejść, to tu to tam się zaciągając, bądź chowając po wozach na gapę... Wieść o zakonach co i rusz przebrzmiewa, zdecydowałem spróbować, szlachetni. Niech któryś z was będzie mi towarzyszem, proszę. Zagwarantuję moją dozgonną wdzięczność, ba, rozniosę wieść po uniwersytetach, cała katedra bardów będzie o was śpiewać! Jeśli ktoś z was zgodzi się pomóc, proszę, niech wyśle do mnie list. Gdy go otrzymam, rzucam wszystko i jakem jest, tak wyruszam. Wolmer Haton
Wykonawcy: Trivl'aan&Arsi
Data wykonania: -
Post: -

Data zlecenia: 15.10.2015
Zleceniodawca: Garanda, mieszkanka Wento.
Tytuł misji: Kłopotliwe gnomy
Treść misji: Witajcie członkowie Ordo. Wiele dobrego o was słyszałam i dlatego postanowiłam poprosić was o pomoc. Mieszkam w małej wiosce Wento położonej u podnóża Średnich Gór Yiale. Wiele lat żyliśmy w spokoju wiodąc proste życie uprawiając rośliny i hodując trzodę. Niestety od kilku sezonów mamy wiele problemów. W opustoszałych jaskiniach, które znajdują się niedaleko, zamieszkała grupa gnomów. Z czasem sprowadziły się ich rodziny dając ewidentnie znak, że zamierzają sie osiedlić na stałe. Mieszkańcy wioski od początku przyjaźnie odnosili się do przybyszów, jednak bez wzajemności. Gnomy uprzykrzają nam życie. Przepędzają każdego, kto zapuści się w pobliże ich terenów, przeganiają nasze owce, a zdarza się nawet, ze zabierają nasze plony. Wszelkie próby pojednania spełzły na niczym i jedyna nadzieja jest w was. Co rok sytuacja staje się coraz gorsza do zniesienia i nie widzimy dalszej przyszłości dla siebie. Jak tak dalej pójdzie, będziemy musieli opuścić wioskę. Proszę, pomóżcie mi i wszystkim mieszkańcom. Nie chce opuszczać domu, są tutaj wszystkie moje wspomnienia, a piękno okolic i urodzajność ziemi sprawiły, że chciałam zostać tutaj do końca moich dni. Jeszcze raz proszę was o przychylne spojrzenie na mój list. Czekam niecierpliwie na wasze przybycie.
Wykonawcy: -&-
Data wykonania: -
Post: -

Data zlecenia: 15.10.2015
Zleceniodawca: Azenor
Tytuł misji: Mistrz kości
*Może być wykonana przez Uczniów.*
Treść misji: Atero dori, Jeźdźcy Smoczy, przeto ja, Azenor zwany Sprytnym, rzucam wam wyzwanie! Przemierzam landy przeróżne, w poszukiwaniu przeciwników, co to odważą się w pokera kościanego ze mną zmierzyć. A to dla rozrywki, a to dla rozniesienia wieści o moim geniuszu. Odważycie się? Założę się, że niejeden z hazardu żyłką za tymi murami dycha. W karczmie "Pod Górskim Gnomem" będę, to ta najbliżej północy (świetną orzechówkę mają), tuż przy dziczy samej. Poznacie od razu, w środku zbiegowiska będę, he he! Sakwy pełne złotego przynieście, na gałązki to ja nie zwykł grać!
Wykonawcy: -&-
Data wykonania: -
Post: -


Za pomyślnie wykonaną misję para otrzymuje wynagrodzenie pieniężne, które zostaje przekazane przez kogoś ze Starszyzny (pieniądze są przysyłane przez Związek Smoczych Wojowników, który przydziela pensje po okazaniu raportu z misji).

*Członkowie Ordo Corvus Albus, którzy ukończyli pełne szkolenie chyba, że w treści misji zaznaczono inaczej.




piątek, 22 lutego 2013

Awanturnicy

 Ten las był niedaleko miasta Ateria, tyle pamiętał z mapy, którą kiedyś posiadał. Nie obchodziła go bliskość twierdzy, jedynie obecność celu jego wędrówki. Przedzierał się przez zarośla jakieś sto, może dwieście metrów przed nim. Tyle miesięcy wędrówki. Był na wyciągnięcie ręki.
 Ściągnął strzałę wraz z mistrzowskiej roboty łukiem, gdy spomiędzy drzew wypadł jakiś stwór i zarył w zamarzniętej ziemi. Przeskoczył go bez większych problemów i pomknął dalej. Nie przypatrywał się bardziej, zarejestrował jedynie, iż miał skrzydła, rogi i łuski - nie widział potrzeby wiedzieć więcej. Sądząc po gamie odgłosów, nad którą górował gardłowy bas, w charakterystyczny sposób wprawiający powietrze w wibracje, stwierdził, że jego towarzysz nie ma problemów z nieprzewidzianymi gośćmi, bawi się z nimi. Niektóre dźwięki, prócz przypominających pościg, przywodziły mu na myśl nadeptywanie ogona.
 Na tle buchających miedzy drzewami płomieni dostrzegł cień ludzkiej sylwetki. Cięciwa skrzypnęła cicho, kiedy naciągał pocisk. Biegł, nie celował specjalnie, wystrzelił. Świadomość, że trafił nadeszła wcześniej niż stłumiony jęk. Więcej go nie obchodziło...
 Wskoczył na wystający głaz i rozejrzał się wokół. Dostrzegł go, w dole. Pędził krawędzią wysokiego brzegu rzeki. Mężczyzna wyglądał na kupca: czerwona czapka przechylona na bok na tutejszą modłę; długa czerwono-złota kamizela narzucona na luźną koszulę; bryczesy obwiązane rzemieniami.
 Przymierzył się do strzału, lecz odpuścił. Za dużo kamieni, za którymi cel się schowa. Warknął pod nosem, po czym zeskoczył na brzeg i pognał za mężczyzną. Wyciągał rękę, ale stalowe pazury szarpały jedynie skraj kubraka. Zirytowany, że strach dodaje ofierze sił, skoczył jej do karku. Nieoczekiwanie potoczyli się w bok, do krawędzi. Zbroja brzęczała, kiedy raz po raz uderzał o kamienie. Wypuścił z rąk kupca, a także łuk, wszystko i każdy spadał oddzielnie. Zahuczało mu w głowie od uderzenia w kamienisty brzeg. Sycząc cicho i szczerząc ostre kły, z wysiłkiem otworzył zalane krwią oczy - najwyraźniej musiał rozciąć czoło. Widział rozmazaną, czerwoną sylwetkę. Kupiec kuśtykał i molozlnym krokiem uciekał. Nie mógł mu umknąć, nie teraz. Podniósł poobijaną głowę, lecz, ku swojemu zdziwieniu odkrył, że mu się po prostu nie chce ganiać za tym wieśniakiem. Z zduszonym westchnieniem znowu zatopił twarz w lodowatej rzece...


                                                  ***

 Było mu zimno. Nie umarł, bo nie w całe ciało, ale w stopy...? Stęknął cicho i, mrugając zawzięcie, spróbował oprzytomnieć. Instynktownie szarpnął rękoma, lecz przwiązane sznurem nadgarstki nie zamierzały oderwać się od podłokietników krzesła. Pochylony lekko do przodu zobaczył, iż kostki również są unieruchomione. Irytacja sięgnęła szczytu, gdy odkrył, że na ma sobie jedynie wysłużone, brunatne spodnie oraz luźną koszulę, która swoje najlepsze lata wizualne i kolorystyczne miała zdecydowanie za sobą. Pozbawiono go też butów. Coś na kształt warkotu połączonego z krzykiem wydobyło się z jego gardła, nie dokońca tak efektownie jak zamierzał. Kto śmiał go rozebrać?!
 Powiódł zdziczałym wzrokiem dookoła, by zorientować się w obecnym położeniu. Ćmiący ból w okolicy skroni nie należał do jego przyjaciół... Jakieś pomieszczenie, względnie duże, dość ciemne. Kawałeczek od niego, po lewej stał stół, a na nim jego rzeczy: elegancko złożony śliwkowy płaszcz, łuk oparty o kołczan pełen czarnych i srebrnych strzał, kilka noży różnorakiej długości i kształtów. Najbardziej widoczna była jednak rozłożona na części zbroja. W świetle wpadającym przez świetlik groziła oglądającym; promienie załamywały się na misternych detalach, tańczyły na ostrzach groteskowo odstających ostróg i pazurach rękawic. Matowy, czerwony metal lśnił, jakby kpił sobie z faktu, że przeczy to prawom logiki i tutejszej sztuki kowalstwa.
 Jakiś czas temu przestał skrobać podłokietniki długimi, ostro zakończonymi paznokciami. Zamiast tego raz po raz klapał o podłogę końcem ogona, przywiązanego do nogi krzesła - w przeciwieństwie do sporej rzeszy swoich pobratymców, posiadał takowy członek. Z wysuniętą w prawo szczęką, śledził wzrokiem poszczególne linie wymalowanego na podłodze znaku, a po środku którego go usadzono. Ochronny, siódmego stopnia. Znali się na swojej robocie, chociaż trochę przesadzili. Aż tak potężny nie był, żeby od razu chwytać się tej właśnie Pieczęci, a Siódmy Stopnień nie zatrzymałby tylko Arcydemona czy też, jak go zwą tutejsi, Diabła - od tego był Ósmy Stopnień, niedostępny mieszkańcom powierzchni, bo który z jego ziomków wychylałby się z wyjawieniem tego rytu? Nawet nie samobójca.
 Postawił uszy na sztorc, słysząc kroki. Jedne były cichsze i drobniejsze, bardziej rytmiczne albo typowo męskie. Inne dudniły przy akompaniamencie zgrzytów, wszystko w identycznych odstępach. Od czasu do czasu pojawiało się również swego rodzaju szuranie, jakby ktoś ciągnął dywan z chropowatym podbiciem. Nonszalancko oparł się plecami o oparcie krzesła. Z kpiącym uśmieszkiem spoglądał na swoich opraców jednym okiem, gdyż drugie przysłaniała krucza grzywka. Kobiety były w znaczącej większości, mężczyźni raczej tutaj ginącym gatunkiem. Każdy patrzył inaczej; ciekawie, od niechcenia, obojętnie albo z potępieniem. Najbardziej raziła go jednak kolorystyka pupilków: niebieskie, zielone, fioletowe, cieniste, niektóre nakrapiane. Z przekąsem stwierdził, że tylko jeszcze pasiastych smoków brak. Najdłużej przypatrywał się czarnej paskudzie, znacznie górującej nad resztą. Przypominał mu jego własnego towarzysza, różnić mogło ich jedynie opancerzenie i masa mięśniowa. Pomagająca mu kreatura, która wyrządziła tyle szkód zdrowotnych i obróciła w pył dzielnice kilku miast oraz pokaźny kawał lasu, teraz tkwiąca w drugim końcu pomieszczenia, nie okazała choćby krzty pokory i wciąż rzucała się na boki w krwawym szale, bliska wyrwania z podłogi gniazd ograniczających ją łańcuchów. Nie ryczała, nie mogła przez zamkniętą na pysku klamrę. Podejście bliżej wciąż jednak pozostawało samobójstwem.
 Przybity do krzesła młody mężczyzna zignorował donośny warkot towarzysza, po czym odezwał się z czystym znudzeniem. Głos miał gładki, skupiający uwagę, ale i podejrzanie drapieżny, jak na swój wiek.
 - Skończmy tę maskaradę i przejdźmy od razu do rzeczy, bo mi śpieszno...
                                                                              
                                                     ***
 
[anndr.deviantart.com]

Imię: Dinigon
Nazwisko: Faringer
Wiek: Odkąd tu przybył minęło 500 lat.
Rasa: Demon
Płeć: Mężczyzna
Wygląd: Dinigon nie spełnia ludzkiego, jak i swojego, wyobrażenia demona w cielesnej postaci - "zwalistego wiekoluda z ramionami, jak konary, metrowej długości rogami na czole i płonącymi ślepiami, co jak oprze się o chatę, to przesuwa ją". Choć jest wysoki i typowo łuczniczej budowy, nie wyróżnia się w tłumie. Czarne włosy zawsze pozostają w nieładzie, a przesadna bladość wynika ze światłowstrętu. Surowej urodzie kontrastu nadają lśniące, brązowe oczy. Uciężliwe podobieństwo do elfa i syna pewnego szlachcica otworzyło mu wiele drzwi i tyleż samo razy wpędziło w kłopoty, dlatego też wytatuował sobie wokół oczu typowo demoniczny wzór, a jedno ucho przyozdobił przesadną ilością pięciu srebrnych kółeczek. Jest jednym z nielicznych demonów posiadających ogon. Niemal nigdy nie pokazuje się bez broni i wykonanej z dziwnego metalu zbroi, która mimo swej szczelności, nie ogranicza ruchów.
Umiejętności: Sztukę władania łukiem opanował do tego stopnia, że tylko kilka osób potrafi go przerosnąć, nie ważne czy walczy w zwarciu czy na dystans. Nie zdradza drygu czy też specjalnych ciągot do magii, po broń białą sięga w ostateczności. Rasowy talent do targowania i manipulacji pomaga mu umknąć oprawcom, przy czym może sobie z nich pokpić.
Broń: Wykonany z anielskich piór i znanego tylko krasnoludom metalu łuk, wyposażony w trzy ostrza na każdym ramieniu oraz gryfy o kształcie szpikulców. W ostateczności noże.
Zdolność specjalna: Może przybrać formę cienia o bliżej nieokreślonym kształcie, lecz wiąże się to z porzuceniem całego ekwipunku.
Charakter: To w gorącej wodzie kąpany, samolubny ignorant z przesadnie wesołym usposobieniem i czarnym humorem, jak na demona przystało. Dumny ze swojego pochodzenia i podgatunkowej tożsamości, patrzy na inne rasy z niejakim obrzydzeniem. Na kundle, jak zwykł nazywać mieszańce, i elfy szczególnie. Świadomość, iż jest podobny do tych ostatnich choler doprowadza go do pasji. Niejednokrotnie irytacja znajduje ujście w słownictwie bądź przemocy. Stara się nie okazywać, jak bardzo denerwuje go obecne, skomplikowane położenie. Choć przebywa wśród ludzi od bardzo dawna, wciąż nie do końca rozumie, bądź nie chce zrozumieć, ich zwyczajów - co wolno powiedzieć, a co nie - dlatego często znajduje się w co najmniej kłopotliwych sytuacjach. Bywa bezczelny do granic możliwości.
Hierarchia: Łucznik, Skrytobójca
Historia: Zawsze, gdy o niej mowa, Dinigona krew zalewa; przez ludzką głupotę tkwi w bagnie, w którym tkwi. Nie urodził się w sensie dosłownym, został przywołany i spętany w tym konkretnym ciele. Taki kaprys miał pewien szlachcic, chorobliwie niedopuszczający do siebie faktu, że jego syn, ukochany i jedyny dziedzic, złamał kark po upadku z konia. Pierwsze dni nowego życia były dla demona udręką: każdą cząstkę ciała rozrywał ból, gdy przystosowywało się do potrzeb, czy też "kształtu", nowego właściciela - szczególnie proces wyrastania ogona; wpajanie wiedzy, którą dysponował niedawny denat oraz wzorce zachowań; jak obracać się wśród ludzi. Mimo że szlachcic nadał mu imię swojego syna, Dinigon nie zapomniał kim jest naprawdę, jaki ma życiowy cel, skąd pochodzi. Demonia natura doszła do głosu po kilku miesiącach i zakończyła całą tę chorą maskaradę w dzień turnieju. Szybko, krwawo i widowiskowo. W podzięce za życie napluł na przybranego ojca. Odszedł... Doskwiera mu swego rodzaju samotność. Przemierza kraje w poszukiwaniu kluczy, które umożliwią mu otwarcie przejścia do domu.
 
 
[xxarashixx.deviantart.com]
 
Imię: Byron
Przydomek: Furia
Wiek: Jest na tyle młody, by nie obchodził go świat, i na tyle stary, by nie dać sobą pomiatać.
Płeć: Samiec
Rasa: Czarny Smok z Yan'krel, Odłam Turadu'Um.
Wygląd: Swoisty przerost masy mięśniowej jest znakiem rozpoznawczym członków jego plemienia; często trudno rozróżnić, gdzie kończy się kark, a zaczynają barki. W przeciwieństwie do wiekszości smoków z Yan'krel, Turadu'Um nie posiadają kolców czy krez wzdłuż grzbietu; całe ciało pokrywają ściśle nachodzące na siebie, trudne do przebicia łuski. Byron wyróżnia się pokaźnym rozmiarem nawet wśród swoich. Łeb smoka chronią dwa masywne rogi, dolna szczęka najerzona jest kolcami, a wokół szyi zamknięta złota obroża ze znakiem klanu, pełna rys po kłach i pazurach. W rozjarzonych złotem ślepiach zawsze widać rządzę mordu. Lewą stronę pyska znaczą trzy blizny. Nie przepuszczjące światła błony imponujących skrzydeł miejscami postrzępione są do tego stopnia, iż zwisają cieniutkimi kawałeczkami, ale nie pozbawia go to możliwości lotu. Gruby, długi ogon zakończony jest po obu stronach rzędem wygiętych na zewnątrz kolców, z czego dwa największe przypominają fantazyjne kły trójzęba.
Umiejętności: Biegłe wyszkolenie w walce w zwarciu, możliwość długotrwałego ziania ogniem.
Zdolność specjalna: Potrafi wpaść w Szał, dzięki czemu ignoruje obrażenia i przekuwa złość oraz ból w niespotykaną siłę.
Charakter: Porywczy i bezwzględny kolos, którego interesuje tylko rozlew krwi, do czego też często podjudza innych. Doskonale zdaje sobie sprawę z własnej potęgi, dlatego trudno go przestraszyć. Podobnie jak Jeździec, jest arogancki i prędzej rozbije sobie łeb o ścianę, niż okaże skruchę. Spora doza kłótliwości sprawia, iż choć nie jest specjalnie towarzyski, gdy zacznie mówić, trudno zamknąć mu pysk. Nie bawi się w piękne słówka, ze względu na gwałtowną naturę, częściej niż zdaje sobie z tego sprawę, sięga po wulgaryzmy. Nie pozwoli sobą pomiatać, bez względu na to, jakim ważniakiem jest rzekomy przełożony.
Hierarchia: Wojownik
Historia: Pochodzi z Yan'krel, ale w przeciwieństwie do zamieszkujących te tereny stad smoków, jego plemię ma najemniczą tradycję. Odłam, bo tak określiły ich inne, krzywo patrzące na postępowanie Turadu'Um plemiona, walczy po stronie tych Czarnych Smoków, u których zyskają najwięcej. Życie buntownika, pełne krwi i braku zasad, świadomość, że pozostali boją się powiedzieć coś wprost, gdzie zwycięzca bierze co chce - to wszystko odpowiadało Byronowi. Na przydomek Furia zapracował wyjątkową brutalnością. Jego temperament doprowadzał do licznych nieporozumień oraz walk z Głównym Du'Um, które z czasem stały się powszechną formą rozstrzygania sporów. Zasada ta nie obwiązywała tylko podlotka Głównego; młodzik pełnymi garściami czerpał z tego przywileju i drażnił Byrona, chcąc udowodnić swoją wyższość, a jego głupotę. Podczas jednego ze starć klanów, Furia skorzystał z zamieszania, masy cielski, morza lejącej się krwi. Dopadł niedorostka, złapał za kark i potężnym szarpnięciem wyrwał łeb wraz z kręgosłupem z reszty ciała. Była to charakterystyczna dla niego technika. Zbrodnia szybko się wydała, lecz kary uniknął. Potępienie z strony poszczególnych członków Odłamu nie obchodziło go w ogóle... Pogarda dla pobratymców, słabości, jaką okazali przy jakimś obrzędzie z truchłem syna Głównego Du'Um - ludzie zwą to pogrzebem - popchnęła Byrona do odejścia. Nie żałował tego nigdy, bo dlaczego żałować głupców zaślepionych sentymentalizmem? Opuścił Killinthor, by po kilkunastu latach powrócić w związku z umową zawartą z jakimś ludzkim śmieciem. Pech chciał, że owy robak zmienił całe jego życie... W pogoni za jakąś ułudą, siali pustoszenie w kraju do czasu, aż natrafili na Ordo Corvus Albus.

piątek, 11 stycznia 2013

Odurzający zapach wrzosów...

Lekki wiatr kołysał wysokimi wrzosami, które pokrywały niewielką polanę. W powietrzu unosił się przyjemny, orzeźwiający aromat. Wokół panowała cisza przerywana tylko świergotami niewielkich ptaków i cykanie podobnych do koników polnych owadów. Tylko od czasu do czasu w pewnej odległości od nich przebiegł szary zająć uzbrojony w małe rogi. Hipnotyzujący bezruch uspokajał wprowadzając senną atmosferę.
Smoczyca leżała na grzebiecie, a jej kolorowe skrzydła rozpostarte były szeroko, na jednym z nich leżała Sir'ca nie przejmując się tym, że jej ciało pokrywa się złotym pyłem. Było dosyć ciepło, dlatego pędy pokrywające ciało driady skurczyły się i przybrały postać krótkiej sukienki. Patrzyły w niebo przyglądając się gwiazdom i dwóm malowniczym księżycom, obydwie pogrążone głęboko w myślach. Czasem Baldis przenosiła je do tej krainy, gdzie spędziły wcześniej wiele spokojnych lat. Wolała jednak nie robić tego zbyt często z obawy by nie naprowadzić kogoś niepowołanego na jakikolwiek ślad podróży między światami, by mógł posiąść tą umiejętność. Ale kiedy życie im dokuczało, a ich myśli spowite były ciemnymi chmurami, nigdzie indziej nie wypoczywały lepiej. Driada westchnęła ciężko i zawierciła się niespokojnie, smoczyca spojrzała na nią troskliwie.
-"O czym myślisz, Stokrotko?"- Sir'ca usiadła i spojrzała na wrzosową polanę.
- O wszystkim... a tak naprawdę o niczym. W głowie już mi się od tego wszystkiego kołuje, Konwalio. najpierw Ermon, później Malgran... Zupełnie nie wiem co mam robić. A teraz następne nieszczęście... Martwię się o Jivreg'a i o Eldara. O Arsi również, mimo że ona nigdy nie pokaże słabości. Nie rozumiem co takiego mogło się wydarzyć, że oni wszyscy odeszli. Chyba lepiej w ogóle nie myśleć.- Spojrzała na smoczycę i uśmiechnęła się smutno.
- "Dlatego jesteśmy tutaj, Stokrotko. By zebrać myśli, uspokoić oddechy i dusze. Bo później nie będzie nas na to stać... Musimy im pomóc."
- Wiem... tylko czasami się zastanawiam ile jeszcze złego spotka tą rodzinę. Czy mało już wycierpieli?
- "Nie nam to oceniać. A jeśli chodzi o Malgrana... Znasz moje zdanie."- Driada skinęła potakująco głową.-"Musimy wracać. Już czas..."
Sir'ca wstała, otrzepała się z złotego pyłu i poczekała, aż Baldis ułoży odpowiednio wszystkie pióra. Przyzwyczaiła się do przesadnego dbania swojej smoczycy o urodę i nie narzekała, wiedziała że Konwalia tego nienawidzi. Kiedy były gotowe, usadowiła się wygodnie na jej karku i poklepała lekko po szyi dając znać, że jest gotowa. Zamknęła oczy.
Otuliła ich miękka ciemność, chwila bezdechu...
Pierwsze co poczuły to zimno, Sir'ca od razu wyczuła jak pędy rośliny tworzące jej ubiór wydłużają się i gęstnieją. Mroźne płatki śniegu ukłuły drobnymi igiełkami skórę i w momencie osiadły na piórach. Baldis szybko ruszyła w kierunku frontowych drzwi, nie zamierzała dzisiaj moknąć. Masywne skrzydło otworzyło się z cichym szmerem, a one weszły do środka niepewne jakie wieści czekają na ich powrót...





[http://nell-fallcard.deviantart.com/art/Green-Wisper-43224581]


Imię: Sir’ca
Wiek: 850 lat
Płeć: Kobieta
Rasa: Driada
Pochodzenie: Las Driad
Opis wyglądu: Zamiast włosów, brwi i rzęs ma delikatne, zielone pióra. Posiada zgrabną sylwetkę, pod skórą wyraźnie zarysowują się mięśnie, które doskonale ze sobą współgrają, co widać kiedy driada się porusza. Dodaje jej mnóstwo wdzięku i płynności w ruchach. Nie można o niej powiedzieć, że jest 'wychudzona' czy 'zabiedzona'. Bije od niej witalność i naturalne piękno. Ubrana w sukienkę splecioną z delikatnych pędów roślin, które dostosowują się do warunków panujących wokół. W łaźni pędy się kurczą tworząc skąpy kostium, natomiast zimą robią się szczelniejsze i wydłużają by stworzyć długą, ciepłą sukienkę. Kiedy robi się chłodno, zakłada miękkie buty zrobione z materiału, które uszczelnia roślinnym woskiem. Latem natomiast i wiosną w czasie ciepłych dni, wszędzie chodzi na boso.
Umiejętności: Od najmłodszych lat, małym driadom przekazuje się wiedzę na temat wszelkiego rodzaju roślin, ziół, mchów, porostów i grzybów. Uczą się jak przygotowywać różne wywary, ale również maści i różnego rodzaju proszki, które mają najrozmaitsze działanie, potrafią zarówno leczyć jak i zabijać, .  Doskonale strzela z łuku, co również jest podstawową umiejętnością każdej driady. Sir'cę często można spotkać na skraju lasu, gdzie ćwiczy tą umiejętność by nie wyjść z wprawy. Potrafi skradać się nawet w gęstych zaroślach nie robiąc przy tym hałasu. Las nie jest jej obcy, dzięki czemu potrafi podejść wiele istot nie wzbudzając ich podejrzeń i pozostaje niewidoczna do samego końca.
Broń: Łuk i Magia Wody i Natury.
Zdolności Specjalne: Doskonale komunikuje się z ptakami, które są jej informatorami w lesie i nie tylko.
Charakter: Wesoła i pomocna, nigdy nie odmawia w potrzebie innym, żyjąc zgodnie z zasadą panującą w jej wiosce mówiącą o tym, że nikt nie jest tak naprawdę sam i każdy może zwrócić się o pomoc, kiedy tego potrzebuje. Bardzo łatwo nawiązuje znajomości i fascynuje ją wszystko co nowe, co sprawia, że czasem wpada w niezręczne sytuacje.  Jest bardzo spontaniczna i trudno czasem przewidzieć jak zareaguje, ona sama nigdy się tym nie przejmuje, nie analizuje, biorąc życie takim jakie jest. Wyznaje zasadę, że trzeba przyjmować to co dał jej los z pokorą i nawet jeśli spotykają ją przykre rzeczy, z pewnością są jedynie kolejną lekcją w życiu. Otwarta i ciekawa świata. Jednak ostatnie wydarzenia sprawiły, że stała się bardziej skryta i unika towarzystwa innych. Chciałaby wierzyć, że w każdym jest dobro, ale teraz nie jest do tego do końca przekonana.
Hierarchia: Zielarz i Mag Natury.
Historia: Wychowała się w Lesie Driad i tam spędziła dzieciństwo nigdy nie opuszczając jego granic. Od najmłodszych lat uczona odpowiedniego posługiwania się łukiem, jak również przekazywano jej wiedzę na temat wszelkiej roślinności występującej w okolicy. Mimo, że jej życie tam było szczęśliwe i prawie beztroskie, Sir'ca marzyła o przygodach, o świecie poza granicami lasu. Chciała poznawać inne krainy, zwierzęta i przede wszystkim rośliny. Kiedy w wiosce pojawiła się Aerlin wraz z Jivreg'iem to była jej szansa. Nimfa nie dała się długo przekonywać. Rozpoznała w młodej driadzie głód życia, jaki kiedyś trawił ją samą i przekonała Matkę Driad by pozwoliła Sir'ce iść własną drogą. Tak oto opuściła swój rodzinny las i rozpoczęła nowe życie w Ordo. Niespodziewanie dla niej w hodowli Zakonu wykluła się Baldis, smoczyca bardzo rzadkiej rasy. uzupełniając połowę jej duszy i uspokajając niepokój do tej pory goszczący w jej sercu. Ukończyły razem szkolenie i mogły w pełni uczestniczyć w życiu Ordo. W Zakonie poznała porywczego elfa, Ermona, do którego od początku coś ją przyciągało, aż w końcu połączyła ich namiętność. Elf zbuntował się przeciwko swoim nauczycielom i przywódcom, a po przegranej walce odszedł. Kiedy nastała Ciemność, Baldis przeniosła je obie do tajemniczej krainy z dwoma księżycami, gdzie spędziły wiele czasu. Same jednak nie potrafią powiedzieć ile to trwało, gdyż dni zlewały się w jedno, zwłaszcza że w tamtym miejscu nie było różnych pór roku. Pewnego dnia Baldis uznała, że czas na powrót. Po wielu latach wróciły do Ordo Luce Tenebris i tam dane jej było znów spotkać Ermona. Elf stał się demonem, ale nie mógł zgasić uczucia jakie żywił do Sir’cy. Choć tak krótkie, chwile spędzone razem wypełnione były radością, miłością i licznymi uniesieniami.  Dalsze losy są powiązane ściśle z losami Baldis, oprócz czasu, w którym smoczyca wyruszyła w niebezpieczną wędrówkę, aby zbawić duszę Mulkhera. Wtedy driada została w Zakonie cierpiąc z powodu pustki jaką czuła po odejściu smoczycy i martwiąc się o jej, jak również swój los. Po tym wydarzeniu, musiały odejść z Zakonu uznając, że nie ma już tam dla nich miejsca. Baldis dopuściła się czynu uważanego przez niektórych za zakazany i obie uznały, że jedynie taka decyzja jest słuszna. Udały się na Zlot Baśniowych Smoków, gdzie Sir'ca widziała wiele baśniowych smoków i nie mogła nasłuchać się opowieści jakie snuły bez przerwy. Dopiero jak Baldis ukończyła nauki u Fabul'a wyruszyły w drogę do Zakonu Białego Kruka, gdzie oczekiwali już ich pozostali. Jej życie powróciło do normalności, jednak myśl o Ermonie nie dawała jej spokoju. Nie był jej lekko, kiedy dowiedziała się, że demon przebywa w Ordo Servi Preditor. Złamując wszelkie zakazy spotkali się w czasie jednej z ciepłych, letnich nocy i nie liczyło się nic oprócz tego, że mogli te kilka chwil spędzić razem. Ciągle o sobie pamiętali i uczucia obojga w najmniejszym stopniu nie wygasły. Dopiero w noc, kiedy delegacja Zakonu Zwodniczej Nadziei przybyła by przypieczętować wspólny sojusz. Sir'ca liczyła, że przybędzie również Ermon, nie było go jednak wśród gości lądujących przed dziedzińcem. Demon jednak o niej nie zapomniał i nie zaprzepaścił szansy jaka dawała mu nieobecność przełożonych. Przekazał wiadomość do driady, że pragnie się z nią spotkać. Sir'ce nie trzeba było dwa razy powtarzać. I tamtej nocy wszystko się zmieniło... Ermon podburzony przez własnego smoka posądził driadę o zdradę i odurzony gniewem odszedł. Nie do końca wie co czuje i potrzebuje czasu na uporządkowanie siebie. Od tamtej pory Sir'ca nie może dojść do siebie, unika towarzystwa zapominając o maksymie, że los daje jej po prostu kolejną lekcję nad którą powinna przejść do porządku dziennego...
 




[http://dragarta.deviantart.com/art/Peacock-Dragon-90210863]

Imię: Baldis
Przydomek: Konwalia
Płeć: Samica
Wiek: 826 lat
Rasa: Smok Baśniowy
Opis wyglądu: Smoczyca niezwykłej urody. Całe ciało pokrywają pawie pióra pokryte delikatnym złotym pyłem, który mieni się w promieniach słońca. Kiedy pióra namokną stają się ciężkie, a złoty pył spływa razem z kroplami, kiedy natomiast są suche brudzą wszystko, czego się dotkną. Ta właściwość czasem doprowadza Baldis do szału, jednak wszyscy wokół ją zapewniają że im to nie przeszkadza. Drobne niebieskie pióra zdobią jej łapy, błękitne podobne do wachlarzy są brzuchu, na skrzydłach zaś zielone i długie, każde zakończone dekoracyjnym okiem. Dwa rogi delikatnie opadają na tył głowy, z tyłu dolnej szczęki wystają po trzy kolce na każdej stronie. Koniec ogona zakończony pawim oczkiem. Wzdłuż kręgosłupa, między delikatnymi piórami, kryją się ostre kolce, które w razie potrzeby smoczyca potrafi chować.
Umiejętności: Potrafi przywoływać watahę eterycznych wilków, które spełniają jej rozkazy od rozpoznania terenu nawet do zaatakowania wybranego celu. Przeciwne sobie Magie, jakie w sobie nosi pozwalają jej również na przyzwanie Bogów Światła i od nich pomoc. Umiejętności latania uczyła ją Luthien, mistrzyni w tej dziedzinie, dzięki czemu Baldis swobodnie czuje się wśród porywów wiatru i potrafi wykonywać skomplikowane akrobacje. Nie korzysta jednak często z tego daru od kiedy nauczyła się przemieszczać w przestrzeni tak jak podróżuje między światami. Dzięki naukom Fabul’a nauczyła się zwodzić oczy innych istot i ukrywać swoją prawdziwą postać, co było jedynym sposobem by w Zaświatach nikt jej nie dotknął, co było głównym zagrożeniem dla niej jak i Erity.
Broń: Magia Światła i Magia Księżyca.
Zdolności specjalne: Potrafi teleportować się oraz podróżować między światami. Dzięki tej umiejętności obie znalazły bezpieczne schronienie po upadku Zakonu.  Jednak moc ta obarczona jest wielkim brzemieniem odpowiedzialności, gdyż nie może pozwolić by ktokolwiek odkrył tajemnicę w jaki sposób jej się to udaje. Jest to sekret wszystkich Smoków Baśniowych, które żyją by czuwać by nikt nie powołany nie opanował tej umiejętności.  Baldios potrafi również przenieść się w Zaświaty, co zdaje się być umiejętnością jej rasy, czego nauczył ją jej jedyny nauczyciel Fabul, gdyż tylko smoki należące do tej rasy mogą przekazywać sobie tajemną wiedzę.  Potrzebowała jego rad, gdyż udała się w to mroczne miejsce i dzięki pomocy Erity wydostała z szponów Śmierci duszę Mulkhera i Almariel.
Charakter: Często zamyślona. Odzywa się jedynie wtedy, gdy jej słowa niosą prawdę i mądrość. Pragnie poznać jak najwięcej szczegółów związanych z jej rasą, a przez wiele lat myślała, że została ostatnim przedstawicielem swojej rasy. Jaka wielka była jej radość, kiedy dowiedziała się, że nie jest sama i może nawet udać się na Zlot jej pobratymców i ich poznać. Bardzo przyjazna i serdeczna, ale jednocześnie ostrożna. Nikomu nie odmówi w potrzebie, tak jak jej nie odmówiono gdy najbardziej potrzebowała wsparcia.Wiele już przeżyła, zna również smak wielkiego cierpienia, co odbiło piętno na jej duszy. Przesadnie dba o swoje pawie pióra, które nie ułatwiają jej życia, jest bardzo drażliwa kiedy ktoś zwraca jej na ten temat uwagę.
Hierarchia: Mag Światła i Księżyca.
Historia: Wykluła się w Zakonie Światła Mroku. Jednak nikt nie wiedział, jak jej jajo znalazło się w Hodowli. Ta część jej życia spowita jest mgłą tajemnicy i chyba jedynie sama Baldis mogłaby ją rozwiać. Jako młoda smoczyca przemieniła pierścień Sir’cy tworząc na nim swój wizerunek. Wtedy po raz pierwszy ukazała niesamowite zdolności do Magii. Ukończyła szkolenie u boku Mulkhera. Z czarnym smokiem od samego początku łączyła ją szczególna więź, która z czasem przerodziła się w miłość. Jednak oprócz uczucia, losy obydwu smoków powiązane są przeznaczeniem i tajemniczą przepowiednią, która pierwszy raz dała o sobie znać podczas jednego ze szkoleń w czasie niezwykłej pełni Księżyca. Dopiero po wielu latach Baldis dowiedziała się o transie, w którym mówiła nie swoim głosem i o którym nie miała nawet pojęcia.
Po nastaniu Ciemności, w czasie nieopisanego Chaosu jaki wtedy panował, przeniosła siebie i Sir’cę z dala od tego świata. Do baśniowej krainy, w której były bezpieczne i niczego im nie brakowało. Smoczyca jednak cały czas tęskniła za swoim ukochanym i pozostałymi członkami Zakonu, którzy byli jej rodziną. Po wielu latach zaczęła miewać sny... Przyszedł czas wracać do domu, z powrotem do Ordo, który podniósł się z klęski. Pobyt w Zakonie okazał się być czasem spokoju. Aż do pewnego dnia,kiedy nieoczekiwanie zmarł Mulkher wraz z Almariel. Nie mogąc znieść straty,kierowana niewyjaśnioną siłą i snami, postanowiła przenieść się razem z Eritą w Zaświaty. Nie mając żadnego doświadczenia, kierując się wskazówkami jej nauczyciela, również baśniowego smoka, Fabul’a, trafiła do królestwa Śmierci.  Tam odnalazła duszę ukochanego i jego jeźdźczyni. Dzięki wspólnej magii Baldis i Erity czarny smok i elfka mogli wrócić do Świata Żywych. Tam okazało się, że Bal znowu musi opuścić ukochanego. Chociaż serce kazało jej nie opuszczać czarnego smoka,wyruszyła w podróż, której celem był Zlot Baśniowych Smoków. Po drodze miała również otrzymać ostatnie nauki kończące jej edukację u Fabul’a. Wróciła szczęśliwie by nie przejmować się już niczym więcej, oprócz spędzaniem jak największej liczby czasu z Mulkherem. Ordo Corvus Albus było teraz jej domem. Po jakimś czasie, ponownie nawiedzana snami płynącymi z dalekiej północy, wyruszyła razem z czarnym smokiem, wiedziona przeczuciem, że tam właśnie ukryte jest źródło jej transów i dziwnych wizji. Odnalazła uśpioną krainę, która czekała aż ktoś ją uwolni od zaklęcia Wielkiego Białego Wilka, który tylko czekał na jej upadek. Baldis przy pomocy Mulkhera uratowała Aurayę i jej podwładnych, dzięki czemu ona jak i Ordo będzie mogła zawsze liczyć na ich pomoc. Od tamtej pory jej życie biegnie względnie spokojnym torem, a jedyne zawirowania spowodowane są codziennymi problemami Ordo i jego mieszkańców.