niedziela, 21 lipca 2013

Wyścig ukończony...

Świst wiatru w uszach, niegdyś najpiękniejsza pieśń jaką dane mu było posłyszeć i całkowicie w niej zatracić umysł, pieśń nad pieśniami, stał się bardzo odległym wspomnieniem. Nieznany szum zagościł w jego głowie.
Przeciągłe westchnienie i uderzenie skrzydeł...
Rozkojarzonym wzrokiem prześlizgnął po krajobrazie pod sobą. Smugi, zieleń i czerń, czasem nawet szarość. Co to jest? Głowa przechyliła się lekko na bok. Pytanie, zastanowienie, odpowiedź. Smugi. Co to jest...
...uderzenie...
Nieznacznie uniósł głowę, zobojętniałym wzrokiem ponownie zbadał przemykający wokół niego świat, przypominający dywan z pasm i pojedynczych smug. Każde z nich przetykało się chaotycznie, a jednak w jakiś sposób uporządkowanie. Mawiają, że wszystkie elementy, od drobnych po monumentalne, od oczywistych po nieodkryte, krzyczą. Ale to dzieło milczało. Zmęczony... tak bardzo zmęczony...
...uderzenie...
Zniosło go. Lewe skrzydło słabło, biło, gdy chciało. Gdy mogło. Stęknął w zaciętym boju z własnym ciałem, wszystek siły poświęcając na wygięcie kręgosłupa w prawą stronę. Rozedrgany krzyk desperacji wyrwał się z zdartego gardła, powietrze było niczym mur, kiedy mężczyzna usiłował wrócić na właściwy kurs. W oddali dostrzegł rozdwojony kontur strzelistej budowli, bielszej od kości słoniwej i najrzadszych pereł.
Bogowie, ależ ona piękna...
...uderzenie...
Z trudem godnym prób dźwigania truchła tytana otworzył powieki. Ciemniejsze i jaśniejsze plamy ołowiu przesuwały się pod nim zadziwiająco leniwie. Chmury. W osłabieniu oczy umknęły ku górze, nieoczekiwanie dostrzegając resztkami widzenia mdły zarys blanek śnieżnego muru, a za nim tysiące pęknieć w kostce brukowej. Plac.
Bogowie, jeżeli istniejecie, dodajcie mi sił. - pomyślał w determinacji.
Tknięty przypływem pozostałości dawnych sił i kondycji, stęknął z wysiłku i szarpnął lewą stroną ciała. Wykonał jedynie ćwierć obrót, zgrabnie prześlizgując się między białymi zębami muru. Lecz na więcej już go nie było stać.
Z głuchym hukiem uderzył w ziemię. Łokieć skrzydła, którym zakrył poszarpany bok oraz głowę, eksplodował bólem, gdy przyjął impet zderzenia. Powietrze ukmnęło z płuc ze stłumionym stęknięciem. Lecz pęd, wygenerowany podczas spadania, pchał go wciąż na przód. Do kolejnego uderzenia, kolejnego i następnego... Białe jak świeży śnieg zęby ujrzały światło księżyca, wyszczerzone w grymasie bólu, gdy tarł rozdartą klatką piersiową o bruk. Podjąszy próbę wstania, jęknął przeciągle, pod powiekami eksplodowała feria kolorowych ogników. Nie spoczął, wyciągnął przed siebie drżącą rękę i wbił stalowe pazury między kostki brukowe. Podciągnął się mozolnie, raz za razem, niestrudzenie prąc naprzód. Pełzał niczym największy na świecie robak, za którym nie ze śluzu a z krwi ciągnął się szlak.
W swe szpony pochwyciła go niemoc straszliwa. Ułożył głowę na ziemi, beznamiętnie zapatrzony przed siebie. Krew zalewała złote oczy, kiedy spływała szkarłatną siateczką po przystojnej twarzy. Światła świata powoli przygasały, mgiełka ciemności obgryzała jego obręby, aż pozostał ognik białego muru. Nie było już szumu w uszach, tylko przerażająca cisza, jakby rzeczywistość porzuciła swoje dziecię na postwę nicości. Podróż straciła na znaczeniu. Poczuł się stary, zbyt zmęczony, aby ciągnąć ten dramat. Wypuścił ostatni dech...
Nieokreślone charknięcie pomknęło w noc, zaraz po nim przyśpieszone sapanie. Łuskowate wargi wygięły się w wyrazie ulgi, gdy leżącym w smoczej garści bezwładnym ciałem szarpnęły nowe siły. Odjęła pazur od twardej od mięśni klatki piersiowej anioła, aby drobne wyładowania elektryczne już nie szarpały sercem, jak wygłodniałe psy rozrywają kawał mięsa. Mężczyzna wbił w nią umęczone spojrzenie, skryte za gadzią osłoną, która z braku sił nie schowała się pod powieką.
- "Nie wypada umierać w samotności, panie nieustraszony." - Posłała mu nerwowy uśmieszek, nieudolną próbę rozładowania pochmurnych emocji.
A on tylko patrzył, nic nie rzekł. Zaniósł się krwawym kaszlem. Smoczyca troskliwie usadziła go na bruku, lecz wciąż opierał się plecami o jej łapę. Podniosła świetliste ślepia na śnieżnobiałą twierdzę, u stóp której jej ukochany chciał zamknąć oczy. Tak daleko dotarli, taki szmat świata, metry dzieliły od potężnych drzwi... Ale nie przebędą ich. Zbyt odległe, nieosiągalne. Sama nie zamierzała ich przekraczać, obiecała sobie, że już nigdy nie zostawi anioła w potrzebie. On nie był w stanie funkcjonować, jego życie upływało z każdą kroplą krwi, której szerokie strugi spływały między smoczymi szponami...
Panika zapuściła w sercu swe ociekające toksycznym sokiem żelazne korzenie, gdy umartwione spojrzenie nie odnalazło źródła obaw. Anioł zniknął. Miotała się na wszystkie strony świata, lecz dopiero wdepnięcie w coś morkego opanowało histerię i usadowiło racjonalność na tronie świadomości. Pochyliła łeb, nozdrza wypełniła ostra woń krwi. Lecz nie to było najważniejsze. Drobniuteńkie błyskawice, nieustannie przecinające się na całej długości smoczego cielska, chybotliwie oświetliły szkarłatny maz. A za nim następny, każdy o specyficznym kształcie.
- "Ty wariacie..." - Warknęła z mieszanką wściekłości i całej gamy obaw, w jednej chwili pojmując wszystko.
Kilkoma susami pokonała nieskończony dystans dzielący ją od wrót zamczyska. Jedno skrzydło drzwi było otwarte. Ostrożnie położyła szponiastą łapę na progu, kilkukrotnie i lekko dotykając go nim stanęła z należnym swoim gabarytom ciężarem. Obróciła zdobną w rzędy rogów głowę w bok, skupiając uwagę na wiszącym na klamce mężczyznie. Anioł wypuścił z palców żelazną kołatkę i zjechał po drzwiach do pozycji siedzącej. Oparł brodę na piersi, pozbawione sił ręce spoczęły rozrzucone na udach, a potężne skrzydła leżały bezwładnie na posadzce, zbierając z niej wszelki kurz. Poczuł na sobie ciepły powiew smoczego oddechu oraz delikatny zapach ozonu. Mrużąc jedno oko, wzrokiem ciągnął głowę ku górze, a gdy zetknęli się ze smoczycą wejrzeniami, spękane i wyblakłe usta wygiął w namiastce uśmiechu, także złote tęczówki błysnęły uglą na tle ciemnych sińców. Blada jak kreda twarz o ostrych rysach naznaczona była dziesiątkami drobnych, krwawiących ran, co czyniło z niej bardziej maskę, niż lico.
- Oto koniec naszej...
Nie ukończył zdania, zanosząc się krwawym kaszlem. Za każdym spazmatycznym szarpnięciem ciała, z głębokiej rany klatki piersiowej i boku wypływały kolejne kaskady posoki. Smoczyca bezradnie patrzyła na to, rozdarta między wątpliwościami i współczuciem, jednocześnie niezdolna do poruszenia się, sparaliżowana strachem. Nagłym zarzuceniem łba uwolniła swój żal, przelewając go w przeciągły, pełen szumów i wizgów ryk, który pomknął dzikim echem przez korytarze zamczyska. Pozostało jej jedynie skulić się obok anioła i modlić, by ktoś usłyszał jej wołania...




 
Autor: LeafOfSteel
Imię: Morgan
Nazwisko: eb Mara
Wiek: Około 84 lat
Rasa: Upadły Anioł
Płeć: Mężczyzna
Wygląd: Większość ludzi najpierw skupia uwagę na czarnych skrzydłach, których imponujące rozmiary i drzemiąca w nich siła wykształciły się przez ciągłe użytkowanie. Jak większość Aniołów jest wysoki i pozbawiony choćby śladowych ilości tłuszczu, a dość okazała muskulatura to owoc lat ciężkiej pracy. Niezdrowo bladą, jakby wyciosaną z alabastru twarz okalają włosy ciemniejsze od najgłębszej otchłani, spływające gładko do połowy pleców. Złocistym oczom o zielonkawych refleksach gadziego wyglądu bardziej niźli pionowa źrenica nadaje przezroczysta osłonka, która chroni je przed niszczącym działaniem czynników atmosferycznych podczas szybkich, akrobatycznych lotów. Ręce na całej długości pokrywają rozmieszczone w równych odstępach strupy. Morgan nosi się osobliwie: całe ciało szczelnie kryje swego rodzaju uniform z pasm dziwnego, czarnego materiału; dwa wzorzyste płaty spływają gładko od bioder aż do ziemi, talia przepasana jest długą czerwoną szarfą, tajemniczy metalowy element wtopiony w skórę w okolicy karku to w istocie osobliwy magiczny mechanizm, dzięki któremu może uczynić skrzydła niewidocznymi. Niestety, w wyniku tarcia o bruk podczas niefortunnego lądowania, uniform Anioła uległ zniszczeniu, szczególnie na klatce piersiowej, gdzie wisi niemalże w strzępach.
Charakter: Natura uczyniła go istotą gniewną i mściwą. Ukojenie dla palącej duszy odnalazł w szkoleniu, stając się odrobinę spokojniejszym, roztropniejszym. Nie wypleniło to jednak silnej żyłki ryzykanta; nieograniczona miłość do podniebnych rewelacji jest zbyt silna, aby ot tak zrezygnować z rozkoszy wyzwań. Jeżeli wyznaczy sobie cel, zdolny jest do absurdalnie wielkich poświęceń. Szanuje każdego, nawet wroga, lecz w szczególności kobiety.
Umiejętności: Perfekcyjnie radzi sobie w powietrzu; biegłe wyszkolenie w walce wręcz; zaawansowana umiejętność posługiwania się nożami; możliwość podnoszenia znacznych ciężarów; znajomość sztuk katowskich, a także języka eptyjskiego oraz killinthorskiego na poziomie względnie komunikatywnym. Całkowita izolacja jego ojczyzny względem reszty świata sprawiła, iż jest podatny na choroby.
Broń: Noże do rzucania oraz "Stalowe Rękawice" - dziwny wytwór ciała, który zaistniał po Połączeniu ze smokiem.
Hierarchia: Skrytobójca, Zwiadowca
Historia: Pochodzi z Epty - tajemniczego skrawka lądu daleko na południu, będącego na każdej mapie pustką, gdyż eptyjska Flota zaciekle strzeże jego granic. Wychowywany przez surowego ojca, tak jak on został skrytobójcą. Życie upływało na bezustannym szlifowaniu umiejętności, niekiedy urozmaicane drobnym zleceniem, choć nie wszystkie tyczyły się likwidacji calów. Podczas jednej z takich misji napotkał smoczycę, z którą został związany w sposób dziwny, rzec by można sztuczny. Po dziś dzień Anioł i smoczyca obwiniają siebie nawzajem za ten wypadek, za przymusową banicję. Żadne nigdy nie opuszczało Epty, gdzie czuli się panami, a teraz zostali wrzuceni w paszczę świata, który ich mocno dezorientuje i niechce. Do domu jednak wrócić nie będą mogli nigdy, nad czym serca obojga lamentują jednym głosem.






Autor: Adalfyre
Imię: Illuminara
Przydomek: Burzowa
Wiek: Tego nie wie nikt
Płeć: Samica
Rasa: Smok Burzy
Wygląd: Cała pokryta łuskami barwy ołowiu. Na brzuchu i szyi zdają się być popękane, wypełnione pulsującym różowo-fioletowym światłem, którego przebłyski widać za licznymi rogami na łbie. Gardło oraz grzbiet chronią długe acz cienkie kolce. Rozjarzone różem ślepia smoczycy pozbawione są źrenicy, ale nie trudno poznać, gdzie w danej chwili patrzy. Silne skrzydła o błonie nieprzepuszczającej światła umożliwiają lot w trudnych warunkach pogodowych.
Charakter: Obdarzona niebagatelnym temperamentem oraz dumą należną dzikiemu smokowi, swą wredotę okazuje gdy tylko to możliwe. Pomimo wieku zachowała niezdrowe zamiłowanie do strojenia sobie żartów z kogo popadnie, a nawet pokątnego polowania na sojuszników bez zwracania uwagi, czy sytuacja jest po temu adekwatna. Ofiarą tychże zabaw najczęściej pada sam Jeździec, którego obarcza winą za Połączenie i wygnanie z ojczyzny. Smoczyca nierzadko reaguje tylko na argumenty siłowe, a zdobycie jej serca przypomina samotny szturm na twierdzę z lodu i egoizmu. Lecz pomimo tylu wad, miewa przebłyski współczucia.
Umiejętności: Doskonale radzi sobie w powietrzu; w walce korzysta ze zdolności rasowych, do których należy przywoływanie błyskawic oraz burz; niewielkie ładunki elektryczne nieustannie przemykają po ciele smoczycy, co utrudnia dosiadanie jej; zna język eptyjski, a z killinthorskim wciąż miewa problemy.
Zdolność specjalna: Przybieranie formy błyskawicy dla szybszego poruszania się bądź miejscami pokrytej łuskami, rogatej kobiety.
Hierarchia: Wojownik.
Historia: Podobnie jak Morgan, przyszła na świat na Epcie, jednak nie wie o niej tak wiele, jak Jeździec. Na rodzinnej jaskini zaczynał i kończył się jej świat. Nigdy nie zamierzała pogodzić się z ogólnie przyjętymi przez eptyjskie smoki zasadami, chciała czegoś więcej. Nie sądziła, iż napotkanie pierwszego w życiu skrytobójcy odciśnie na niej tak wielkie piętno. Ucieczka z Epty kosztowała ją wszystko co miała i znała, w zamian otrzymując znienawidzonego po dziś dzień mężczyznę, który ogranicza ją na każdej płaszczyźnie życia... Połączyła ich dezorientacja nowymi światami, a rozdzielił sztorm. Rzuceni samotności na pożarcie, osobno pędzili na północ, w bliżej nie zrozumiałym pościgu za snami.


poniedziałek, 17 czerwca 2013

Meredith de Nā'iṭa

Podobizna mojego autorstwa.
 
Meredith de Nā'iṭa
Zwana także Judytą, bądź Dith.

Kobieta - Człowiek
Urodzona 22 wiosny temu.

    Pozornie delikatna, krucha i niewinna. Niektórzy twierdzą, że wygląda na próżną i niezbyt mądrą. Średni wzrost i szczupła sylwetka sprawiają, że nie wychyla się ponad innych. Za to jej nietypowa, aż nazbyt blada cera, przyciąga wzrok, szczególnie w połączeniu z ciemnorudymi, sięgającymi łopatek włosami. Kości policzkowe oraz nos ma naznaczone delikatnymi piegami, które stają się ciemniejsze, a co za tym idzie - bardziej wyraźne, gdy zostaną wyeksponowane na działanie promieni słonecznych. Ponadto, Meredith ma tendencję do rumienia się w kłopotliwych sytuacjach, czego nienawidzi.To, co większość dostrzega dopiero po dość długim czasie znajomości, to zielone oczy, idealnie współgrające z rudymi refleksami.


   Na ogół cicha, niewyróżniająca się z tłumu. Woli siedzieć na uboczu i obserwować poczynania innych, aniżeli mówić bez potrzeby. Prędzej coś zrobi, niż powie, że ma jakąś potrzebę czy zachciankę. Zaradna i sprytna na tyle, by poradzić sobie w pojedynkę. Życie w samotności sprawiło, że brakuje jej ciepła i uczucia od innych, niekiedy podświadomie szuka go, albo nawet wymusza. Nie zdradza wszystkiego, co myśli, i nie zawsze robi to, co mówi. Estetka. Jest bardzo opanowana i nie łatwo ulega wpływom. Aczkolwiek można z nią dojść do kompromisu, potrafi się nawet dostosować, jeśli uważa to za słuszne. W stosunku do obranej idei jest lojalna, a władzy wyższej zazwyczaj podporządkowana. 
   Trudno zdobyć jej zaufanie. Nawet jeśli druga osoba odnosi takie wrażenie, to niewykluczone, iż jest w błędzie. Lecz ci, którym naprawdę się udało, wiedzą, że Meredith uwielbia się śmiać, czasem nawet wtedy, gdy wszystko się wali i sypie, ona potrafi poprawić humor, wysłuchać, niekiedy udzielić rady, czy pomóc w jakikolwiek inny sposób.
  Fascynują ją świat dookoła. W szczególności ludzie i część zwierząt. Mogłaby godzinami przypatrywać się takowym i snuć przeróżne historie oraz teorie - dlaczego jest tak, a nie inaczej. Jedynym tematem, którego unika w swych rozmyślaniach, jest samotność. Nie lubi zaprzątać sobie nią głowy, woli pójść w tłum i znaleźć sobie towarzysza, choćby tylko na chwilę.
   Uwielbia noc i gwiazdy. I truskawki, które jadła tylko raz w życiu - z resztą, ukradła je. W głębi duszy jest dość wrażliwą osobą i łatwo ją zranić. Wystarczy, że ma gorszy dzień. Zamyka się wtedy w sobie, siedzi cichutko, pogrążona we własnych myślach.


    Nie posiada jakichś specjalnych umiejętności. Niegdyś próbowała swoich sił w magii, jednak kompletnie jej nie wyszło. Chciałaby nauczyć się strzelać z łuku - osoby, które posiadły tę sztukę są dla niej wzorem do naśladowania. W ostateczności potrafi użyć sztyletu, z którym niemal nigdy się nie rozstaje.

   W hierarchii zajmuje miejsce zwykłego członka.

~*~

   Dwadzieścia dwie wiosny temu, w pewnym mieście nad brzegiem morza, przyszła na świat Meredith. Jej matka zmarła tuż po porodzie. Trafiła pod opiekę babki, którą Dith także utraciła, gdy ukończyła dwanaście lat. Od tamtej pory radziła sobie sama, z drobna pomocą staruszka Ganfarda, jej dobrego znajomego, kupca. Ojca nie miała - ulotnił się, zanim Dith przyszła na świat. Ponoć był Banglijczykiem, wędrowcem, który poznawał świat z pokładu swej dumnej łodzi, zwanej pieszczotliwie "Misti", co oznaczało, po prostu "Słodka". W bengalskim przypominało to dziwne zawijasy. Dith widziała kiedyś ten symbol. Przypominał jej węża pnącego się po kracie. Widziała też swoje nazwisko pisane w oryginale - ono z kolei nie przypominało niczego, co dziewczyna znała. Nā'iṭa. Ponoć oznaczało "noc". A przynajmniej tak mówił Ganfard, handlarz przyprawami, który niegdyś gościł w rodzinnych stronach ojca Meredith i tam miał okazję poznać kilka słów po bengalsku. 
    Pewnego dnia, niemal pół roku po ukończeniu dwudziestego pierwszego roku życia, gdy dziewczyna szła na targowisko, zauważyła, jak z konnego wozu wypadła niewielka skrzynia. Krzyczała za woźnicą, by się zatrzymał. Niestety, nie usłyszał. Pierwsze, co przyszło Dith do głowy, to zostawić pakunek i kontynuować podróż na targ. Mężczyzna wróci, jeśli ta rzecz okaże się ważna. Jednak Meredith zauważyła coś intrygującego na wieku skrzyni. Symbol ড্রাগন. Rozpoznała język ojca, toteż zabrała pudło ze sobą. - jak na swoje gabaryty, gdzie mógł zmieścić się dorosły kot, było wyjątkowo lekkie. Zaufany handlarz przetłumaczył ów symbol.
 -
Ḍrāgana. - Osądził, zdejmując okulary. - To po bengalsku "smok".
   Razem otworzyli przesyłkę. Ku ogromnemu zdziwieniu obojga, odkryli w środku smocze jajo.
   - Myślisz... że jest prawdziwe? - Dziewczyna uniosła wzrok znam jaja, by spojrzeć na staruszka. Ten pokiwał powoli głową.
   - Mhm... Widziałem kiedyś smocze jajo, gdy zwiedzałem Daleki Wschód. - Po tych słowach zniknął na zapleczu. Wrócił z opasłym tomiszczem, oprawionym w skórę. Położył księgę na blat, starł z niej kurz i odszukał stronę, na której widniała podobizna jaja identycznego, jak znalezione. - To pewnie to. Zostało opisane jako... - Tu przetarł i nałożył okulary. Zmarszczył brwi. - Nieznane.
   Nieznane. Tylko tyle widniało na stronie z ilustracją jaja. Rasa: nieznana. Charakter: nieznany. Moce: nieznane. Wygląd: nieznany. Tykająca bomba, która, gdy wybuchnie, da nieoczekiwane skutki. Być może fatalne.
   - Co mam z tym zrobić? - zapytała, wlepiając wzrok w znalezisko.
   - Rozbić, wyrzucić. Żeby nie wyrządziło szkód. - Orzekł krótko, chowając księgę pod ladę.
   Jednak Meredith zbyt przejęła się smoczym jajem. W swojej kryjówce, a jednocześnie skromnym mieszkaniu, na strychu opuszczonej księgarni, gdzie nikt nie zaglądał, obmyślała przeróżne historie na temat wędrówki maleństwa. Czy przybywało aż z Dalekiego Wschodu? Jeśli tak, to jaką drogę przebyło? Zostało znalezione, czy... oddzielone od matki?
   Korzystając z zasobów starej księgarni, przewertowała dziesiątki książek o smokach i legendach. W jednym ze zbiorów natrafiła na smocze zakony. Spis był stary, postanowiła więc sprawdzić informacje w innych źródłach: księgach, pamiętnikach, relacjach z wypraw podróżników. Tak doszła do wniosku, że jedynym funkcjonującym wciąż zakonem, który został wymieniony w spisie, jest Ordo Corvus Albus.
   Nie mając nic do stracenia, postanowiła udać się tam razem z jajem.

   W ciągu miesiąca zgromadziła odpowiednie zapasy i wraz ze zdobyczą udała się w podróż z karawaną kupiecką. Następnie towarzyszyła pewnemu magowi, który był wyraźnie zaintrygowany niewyklutym jeszcze smokiem. Gdy tylko Meredith zorientowała się, że staruch chce ukraść jajo, uciekła, zabierając przy okazji część jego zasobów - głównie jedzenie. Mając ze sobą księgę ze spisem oraz mapami, dotarła do jakiegoś miasta portowego. Zatrzymała się tam na dwa tygodnie, by uzupełnić zapasy i zdobyć pieniądze na przeprawę morską do Killinthoru. Na nowej ziemi, wędrowała przez góry z dwoma poszukiwaczami przygód. Odeskortowali ją w pobliże wymienionego w spisie Corvus Albus.

Rozpoczynając wątek z pierwszym, który zaczepi Judytę:

    Siedziba była ogromna. Meredith podziwiała każdy szczegół. Istny cud świata w porównaniu z zadupiem, w jakim przyszło jej spędzić dwadzieścia lat marnego życia. Dzierżąc w dłoniach skrzynię z jajem, Dith rozglądała się dookoła, szukając kogokolwiek, kto pomógłby jej ze znaleziskiem. Swoją drogą, jajo stało się cięższe w ciągu tych kilku miesięcy. Znacznie cięższe. O ile wtedy ważyło może półtora kilograma, teraz przewyższało tę wartość pewnie trzykrotnie. A wzrost wagi zaczął się jakieś... dwa tygodnie temu. Co takiego się działo? - Dith nie miała pojęcia. Wyczerpana podróżą i noszeniem bagażu, usiadła na pobliskim murku, ustawiając skrzynię między swoimi stopami. Obok był jakiś plac, chyba pole ćwiczeń. Ale nikogo nie było. A ogromne wrota były zamknięte. Czyżby zamknęli zakon i przebyła tyle drogi na marne? Przydałby się nocleg. I coś do jedzenia, bo zapasy się kończą. Dziewczyna odczepiła od pasa sakwę i zaczęła przeliczać tych parę groszy, które jej zostało po podróży. Pieniądze i tak na nic się nie zdadzą, dopóki nie odnajdzie żywej duszy w tym zamczysku.

niedziela, 16 czerwca 2013

Misje II.

Do roboty :)

Data zlecenia: 15.10.2015
Zleceniodawca: Aston, łowca nagród.
Tytuł misji: Ragok
Treść misji: Witajcie. Zwą mnie Aston, jestem łowcą nagród z Ferto. Mnie i moją kompanię przywiodła tutaj wieść o świetnej propozycji. Wysoka sumka czeka na tego, kto ubije Ragoka - górskiego trolla, wyjątkowo uprzykrzającego życie mieszkańcom wioski Taletto. To te cztery domki na krzyż otoczone ostrokołem, naprzeciwko Aterii, po drugiej stronie rzeki. Skąd gospodarz zdobył tyle złota na nagrodę - nie wiem. Ciekawa, acz mało istotna to dla nas kwestia. Niestety, niebezpieczeństwa podróży wytrzebiły większość kamratów, niech im ziemia lekką będzie. Została nas dwójka, zbyt mało, by pokonać trolla mierzącego 13 stóp. Nie chcemy wracać do domu z niczym. Jeśli nam pomożecie, obiecujemy równą część nagrody. Aston
Wykonawcy: -&-
Data wykonania: -
Post: -

Data zlecenia: 15.10.2015
Zleceniodawca: Wolmer Haton, student z Kohiry.
Tytuł misji: Student w potrzebie
Treść misji: Chwała wam, Władcy Niebios, Wiatru Skrzydła! Z góry winien jestem przeprosiny, bądź co bądź zwracam się z prośbą błahą dla świata, jednakże dla mnie kluczem do przyszłości będącą... Wolmer mnie zwą. To już trzy lata będą, jak studiuję o stworach wszelakich świata tego. Wypełniłem już trzy z czterech zadań, jakie profesor mój naczelny Pelandar Haz mi zlecił, bym wreszcie pierwszy z tytułów otrzymał. Pozostało mi ostatnie, wielce kłopotliwe. Mam analizę harpii poczynić. Harpie tylko w górach żyją, to pół Killinthoru drogi. A muszę jedną dojrzeć, by w pełni być pewnym co do słuszności słów książkowych. Jednakowoż na marno pójdzie mój wysiłek, kiedy to harpia mnie swymi szponami na miejscu rozedrze. Biedny jestem, na konia nie stać, a co dopiero na najemnika... I tak już podróż na dziko przyjdzie mi przejść, to tu to tam się zaciągając, bądź chowając po wozach na gapę... Wieść o zakonach co i rusz przebrzmiewa, zdecydowałem spróbować, szlachetni. Niech któryś z was będzie mi towarzyszem, proszę. Zagwarantuję moją dozgonną wdzięczność, ba, rozniosę wieść po uniwersytetach, cała katedra bardów będzie o was śpiewać! Jeśli ktoś z was zgodzi się pomóc, proszę, niech wyśle do mnie list. Gdy go otrzymam, rzucam wszystko i jakem jest, tak wyruszam. Wolmer Haton
Wykonawcy: Trivl'aan&Arsi
Data wykonania: -
Post: -

Data zlecenia: 15.10.2015
Zleceniodawca: Garanda, mieszkanka Wento.
Tytuł misji: Kłopotliwe gnomy
Treść misji: Witajcie członkowie Ordo. Wiele dobrego o was słyszałam i dlatego postanowiłam poprosić was o pomoc. Mieszkam w małej wiosce Wento położonej u podnóża Średnich Gór Yiale. Wiele lat żyliśmy w spokoju wiodąc proste życie uprawiając rośliny i hodując trzodę. Niestety od kilku sezonów mamy wiele problemów. W opustoszałych jaskiniach, które znajdują się niedaleko, zamieszkała grupa gnomów. Z czasem sprowadziły się ich rodziny dając ewidentnie znak, że zamierzają sie osiedlić na stałe. Mieszkańcy wioski od początku przyjaźnie odnosili się do przybyszów, jednak bez wzajemności. Gnomy uprzykrzają nam życie. Przepędzają każdego, kto zapuści się w pobliże ich terenów, przeganiają nasze owce, a zdarza się nawet, ze zabierają nasze plony. Wszelkie próby pojednania spełzły na niczym i jedyna nadzieja jest w was. Co rok sytuacja staje się coraz gorsza do zniesienia i nie widzimy dalszej przyszłości dla siebie. Jak tak dalej pójdzie, będziemy musieli opuścić wioskę. Proszę, pomóżcie mi i wszystkim mieszkańcom. Nie chce opuszczać domu, są tutaj wszystkie moje wspomnienia, a piękno okolic i urodzajność ziemi sprawiły, że chciałam zostać tutaj do końca moich dni. Jeszcze raz proszę was o przychylne spojrzenie na mój list. Czekam niecierpliwie na wasze przybycie.
Wykonawcy: -&-
Data wykonania: -
Post: -

Data zlecenia: 15.10.2015
Zleceniodawca: Azenor
Tytuł misji: Mistrz kości
*Może być wykonana przez Uczniów.*
Treść misji: Atero dori, Jeźdźcy Smoczy, przeto ja, Azenor zwany Sprytnym, rzucam wam wyzwanie! Przemierzam landy przeróżne, w poszukiwaniu przeciwników, co to odważą się w pokera kościanego ze mną zmierzyć. A to dla rozrywki, a to dla rozniesienia wieści o moim geniuszu. Odważycie się? Założę się, że niejeden z hazardu żyłką za tymi murami dycha. W karczmie "Pod Górskim Gnomem" będę, to ta najbliżej północy (świetną orzechówkę mają), tuż przy dziczy samej. Poznacie od razu, w środku zbiegowiska będę, he he! Sakwy pełne złotego przynieście, na gałązki to ja nie zwykł grać!
Wykonawcy: -&-
Data wykonania: -
Post: -


Za pomyślnie wykonaną misję para otrzymuje wynagrodzenie pieniężne, które zostaje przekazane przez kogoś ze Starszyzny (pieniądze są przysyłane przez Związek Smoczych Wojowników, który przydziela pensje po okazaniu raportu z misji).

*Członkowie Ordo Corvus Albus, którzy ukończyli pełne szkolenie chyba, że w treści misji zaznaczono inaczej.




piątek, 22 lutego 2013

Awanturnicy

 Ten las był niedaleko miasta Ateria, tyle pamiętał z mapy, którą kiedyś posiadał. Nie obchodziła go bliskość twierdzy, jedynie obecność celu jego wędrówki. Przedzierał się przez zarośla jakieś sto, może dwieście metrów przed nim. Tyle miesięcy wędrówki. Był na wyciągnięcie ręki.
 Ściągnął strzałę wraz z mistrzowskiej roboty łukiem, gdy spomiędzy drzew wypadł jakiś stwór i zarył w zamarzniętej ziemi. Przeskoczył go bez większych problemów i pomknął dalej. Nie przypatrywał się bardziej, zarejestrował jedynie, iż miał skrzydła, rogi i łuski - nie widział potrzeby wiedzieć więcej. Sądząc po gamie odgłosów, nad którą górował gardłowy bas, w charakterystyczny sposób wprawiający powietrze w wibracje, stwierdził, że jego towarzysz nie ma problemów z nieprzewidzianymi gośćmi, bawi się z nimi. Niektóre dźwięki, prócz przypominających pościg, przywodziły mu na myśl nadeptywanie ogona.
 Na tle buchających miedzy drzewami płomieni dostrzegł cień ludzkiej sylwetki. Cięciwa skrzypnęła cicho, kiedy naciągał pocisk. Biegł, nie celował specjalnie, wystrzelił. Świadomość, że trafił nadeszła wcześniej niż stłumiony jęk. Więcej go nie obchodziło...
 Wskoczył na wystający głaz i rozejrzał się wokół. Dostrzegł go, w dole. Pędził krawędzią wysokiego brzegu rzeki. Mężczyzna wyglądał na kupca: czerwona czapka przechylona na bok na tutejszą modłę; długa czerwono-złota kamizela narzucona na luźną koszulę; bryczesy obwiązane rzemieniami.
 Przymierzył się do strzału, lecz odpuścił. Za dużo kamieni, za którymi cel się schowa. Warknął pod nosem, po czym zeskoczył na brzeg i pognał za mężczyzną. Wyciągał rękę, ale stalowe pazury szarpały jedynie skraj kubraka. Zirytowany, że strach dodaje ofierze sił, skoczył jej do karku. Nieoczekiwanie potoczyli się w bok, do krawędzi. Zbroja brzęczała, kiedy raz po raz uderzał o kamienie. Wypuścił z rąk kupca, a także łuk, wszystko i każdy spadał oddzielnie. Zahuczało mu w głowie od uderzenia w kamienisty brzeg. Sycząc cicho i szczerząc ostre kły, z wysiłkiem otworzył zalane krwią oczy - najwyraźniej musiał rozciąć czoło. Widział rozmazaną, czerwoną sylwetkę. Kupiec kuśtykał i molozlnym krokiem uciekał. Nie mógł mu umknąć, nie teraz. Podniósł poobijaną głowę, lecz, ku swojemu zdziwieniu odkrył, że mu się po prostu nie chce ganiać za tym wieśniakiem. Z zduszonym westchnieniem znowu zatopił twarz w lodowatej rzece...


                                                  ***

 Było mu zimno. Nie umarł, bo nie w całe ciało, ale w stopy...? Stęknął cicho i, mrugając zawzięcie, spróbował oprzytomnieć. Instynktownie szarpnął rękoma, lecz przwiązane sznurem nadgarstki nie zamierzały oderwać się od podłokietników krzesła. Pochylony lekko do przodu zobaczył, iż kostki również są unieruchomione. Irytacja sięgnęła szczytu, gdy odkrył, że na ma sobie jedynie wysłużone, brunatne spodnie oraz luźną koszulę, która swoje najlepsze lata wizualne i kolorystyczne miała zdecydowanie za sobą. Pozbawiono go też butów. Coś na kształt warkotu połączonego z krzykiem wydobyło się z jego gardła, nie dokońca tak efektownie jak zamierzał. Kto śmiał go rozebrać?!
 Powiódł zdziczałym wzrokiem dookoła, by zorientować się w obecnym położeniu. Ćmiący ból w okolicy skroni nie należał do jego przyjaciół... Jakieś pomieszczenie, względnie duże, dość ciemne. Kawałeczek od niego, po lewej stał stół, a na nim jego rzeczy: elegancko złożony śliwkowy płaszcz, łuk oparty o kołczan pełen czarnych i srebrnych strzał, kilka noży różnorakiej długości i kształtów. Najbardziej widoczna była jednak rozłożona na części zbroja. W świetle wpadającym przez świetlik groziła oglądającym; promienie załamywały się na misternych detalach, tańczyły na ostrzach groteskowo odstających ostróg i pazurach rękawic. Matowy, czerwony metal lśnił, jakby kpił sobie z faktu, że przeczy to prawom logiki i tutejszej sztuki kowalstwa.
 Jakiś czas temu przestał skrobać podłokietniki długimi, ostro zakończonymi paznokciami. Zamiast tego raz po raz klapał o podłogę końcem ogona, przywiązanego do nogi krzesła - w przeciwieństwie do sporej rzeszy swoich pobratymców, posiadał takowy członek. Z wysuniętą w prawo szczęką, śledził wzrokiem poszczególne linie wymalowanego na podłodze znaku, a po środku którego go usadzono. Ochronny, siódmego stopnia. Znali się na swojej robocie, chociaż trochę przesadzili. Aż tak potężny nie był, żeby od razu chwytać się tej właśnie Pieczęci, a Siódmy Stopnień nie zatrzymałby tylko Arcydemona czy też, jak go zwą tutejsi, Diabła - od tego był Ósmy Stopnień, niedostępny mieszkańcom powierzchni, bo który z jego ziomków wychylałby się z wyjawieniem tego rytu? Nawet nie samobójca.
 Postawił uszy na sztorc, słysząc kroki. Jedne były cichsze i drobniejsze, bardziej rytmiczne albo typowo męskie. Inne dudniły przy akompaniamencie zgrzytów, wszystko w identycznych odstępach. Od czasu do czasu pojawiało się również swego rodzaju szuranie, jakby ktoś ciągnął dywan z chropowatym podbiciem. Nonszalancko oparł się plecami o oparcie krzesła. Z kpiącym uśmieszkiem spoglądał na swoich opraców jednym okiem, gdyż drugie przysłaniała krucza grzywka. Kobiety były w znaczącej większości, mężczyźni raczej tutaj ginącym gatunkiem. Każdy patrzył inaczej; ciekawie, od niechcenia, obojętnie albo z potępieniem. Najbardziej raziła go jednak kolorystyka pupilków: niebieskie, zielone, fioletowe, cieniste, niektóre nakrapiane. Z przekąsem stwierdził, że tylko jeszcze pasiastych smoków brak. Najdłużej przypatrywał się czarnej paskudzie, znacznie górującej nad resztą. Przypominał mu jego własnego towarzysza, różnić mogło ich jedynie opancerzenie i masa mięśniowa. Pomagająca mu kreatura, która wyrządziła tyle szkód zdrowotnych i obróciła w pył dzielnice kilku miast oraz pokaźny kawał lasu, teraz tkwiąca w drugim końcu pomieszczenia, nie okazała choćby krzty pokory i wciąż rzucała się na boki w krwawym szale, bliska wyrwania z podłogi gniazd ograniczających ją łańcuchów. Nie ryczała, nie mogła przez zamkniętą na pysku klamrę. Podejście bliżej wciąż jednak pozostawało samobójstwem.
 Przybity do krzesła młody mężczyzna zignorował donośny warkot towarzysza, po czym odezwał się z czystym znudzeniem. Głos miał gładki, skupiający uwagę, ale i podejrzanie drapieżny, jak na swój wiek.
 - Skończmy tę maskaradę i przejdźmy od razu do rzeczy, bo mi śpieszno...
                                                                              
                                                     ***
 
[anndr.deviantart.com]

Imię: Dinigon
Nazwisko: Faringer
Wiek: Odkąd tu przybył minęło 500 lat.
Rasa: Demon
Płeć: Mężczyzna
Wygląd: Dinigon nie spełnia ludzkiego, jak i swojego, wyobrażenia demona w cielesnej postaci - "zwalistego wiekoluda z ramionami, jak konary, metrowej długości rogami na czole i płonącymi ślepiami, co jak oprze się o chatę, to przesuwa ją". Choć jest wysoki i typowo łuczniczej budowy, nie wyróżnia się w tłumie. Czarne włosy zawsze pozostają w nieładzie, a przesadna bladość wynika ze światłowstrętu. Surowej urodzie kontrastu nadają lśniące, brązowe oczy. Uciężliwe podobieństwo do elfa i syna pewnego szlachcica otworzyło mu wiele drzwi i tyleż samo razy wpędziło w kłopoty, dlatego też wytatuował sobie wokół oczu typowo demoniczny wzór, a jedno ucho przyozdobił przesadną ilością pięciu srebrnych kółeczek. Jest jednym z nielicznych demonów posiadających ogon. Niemal nigdy nie pokazuje się bez broni i wykonanej z dziwnego metalu zbroi, która mimo swej szczelności, nie ogranicza ruchów.
Umiejętności: Sztukę władania łukiem opanował do tego stopnia, że tylko kilka osób potrafi go przerosnąć, nie ważne czy walczy w zwarciu czy na dystans. Nie zdradza drygu czy też specjalnych ciągot do magii, po broń białą sięga w ostateczności. Rasowy talent do targowania i manipulacji pomaga mu umknąć oprawcom, przy czym może sobie z nich pokpić.
Broń: Wykonany z anielskich piór i znanego tylko krasnoludom metalu łuk, wyposażony w trzy ostrza na każdym ramieniu oraz gryfy o kształcie szpikulców. W ostateczności noże.
Zdolność specjalna: Może przybrać formę cienia o bliżej nieokreślonym kształcie, lecz wiąże się to z porzuceniem całego ekwipunku.
Charakter: To w gorącej wodzie kąpany, samolubny ignorant z przesadnie wesołym usposobieniem i czarnym humorem, jak na demona przystało. Dumny ze swojego pochodzenia i podgatunkowej tożsamości, patrzy na inne rasy z niejakim obrzydzeniem. Na kundle, jak zwykł nazywać mieszańce, i elfy szczególnie. Świadomość, iż jest podobny do tych ostatnich choler doprowadza go do pasji. Niejednokrotnie irytacja znajduje ujście w słownictwie bądź przemocy. Stara się nie okazywać, jak bardzo denerwuje go obecne, skomplikowane położenie. Choć przebywa wśród ludzi od bardzo dawna, wciąż nie do końca rozumie, bądź nie chce zrozumieć, ich zwyczajów - co wolno powiedzieć, a co nie - dlatego często znajduje się w co najmniej kłopotliwych sytuacjach. Bywa bezczelny do granic możliwości.
Hierarchia: Łucznik, Skrytobójca
Historia: Zawsze, gdy o niej mowa, Dinigona krew zalewa; przez ludzką głupotę tkwi w bagnie, w którym tkwi. Nie urodził się w sensie dosłownym, został przywołany i spętany w tym konkretnym ciele. Taki kaprys miał pewien szlachcic, chorobliwie niedopuszczający do siebie faktu, że jego syn, ukochany i jedyny dziedzic, złamał kark po upadku z konia. Pierwsze dni nowego życia były dla demona udręką: każdą cząstkę ciała rozrywał ból, gdy przystosowywało się do potrzeb, czy też "kształtu", nowego właściciela - szczególnie proces wyrastania ogona; wpajanie wiedzy, którą dysponował niedawny denat oraz wzorce zachowań; jak obracać się wśród ludzi. Mimo że szlachcic nadał mu imię swojego syna, Dinigon nie zapomniał kim jest naprawdę, jaki ma życiowy cel, skąd pochodzi. Demonia natura doszła do głosu po kilku miesiącach i zakończyła całą tę chorą maskaradę w dzień turnieju. Szybko, krwawo i widowiskowo. W podzięce za życie napluł na przybranego ojca. Odszedł... Doskwiera mu swego rodzaju samotność. Przemierza kraje w poszukiwaniu kluczy, które umożliwią mu otwarcie przejścia do domu.
 
 
[xxarashixx.deviantart.com]
 
Imię: Byron
Przydomek: Furia
Wiek: Jest na tyle młody, by nie obchodził go świat, i na tyle stary, by nie dać sobą pomiatać.
Płeć: Samiec
Rasa: Czarny Smok z Yan'krel, Odłam Turadu'Um.
Wygląd: Swoisty przerost masy mięśniowej jest znakiem rozpoznawczym członków jego plemienia; często trudno rozróżnić, gdzie kończy się kark, a zaczynają barki. W przeciwieństwie do wiekszości smoków z Yan'krel, Turadu'Um nie posiadają kolców czy krez wzdłuż grzbietu; całe ciało pokrywają ściśle nachodzące na siebie, trudne do przebicia łuski. Byron wyróżnia się pokaźnym rozmiarem nawet wśród swoich. Łeb smoka chronią dwa masywne rogi, dolna szczęka najerzona jest kolcami, a wokół szyi zamknięta złota obroża ze znakiem klanu, pełna rys po kłach i pazurach. W rozjarzonych złotem ślepiach zawsze widać rządzę mordu. Lewą stronę pyska znaczą trzy blizny. Nie przepuszczjące światła błony imponujących skrzydeł miejscami postrzępione są do tego stopnia, iż zwisają cieniutkimi kawałeczkami, ale nie pozbawia go to możliwości lotu. Gruby, długi ogon zakończony jest po obu stronach rzędem wygiętych na zewnątrz kolców, z czego dwa największe przypominają fantazyjne kły trójzęba.
Umiejętności: Biegłe wyszkolenie w walce w zwarciu, możliwość długotrwałego ziania ogniem.
Zdolność specjalna: Potrafi wpaść w Szał, dzięki czemu ignoruje obrażenia i przekuwa złość oraz ból w niespotykaną siłę.
Charakter: Porywczy i bezwzględny kolos, którego interesuje tylko rozlew krwi, do czego też często podjudza innych. Doskonale zdaje sobie sprawę z własnej potęgi, dlatego trudno go przestraszyć. Podobnie jak Jeździec, jest arogancki i prędzej rozbije sobie łeb o ścianę, niż okaże skruchę. Spora doza kłótliwości sprawia, iż choć nie jest specjalnie towarzyski, gdy zacznie mówić, trudno zamknąć mu pysk. Nie bawi się w piękne słówka, ze względu na gwałtowną naturę, częściej niż zdaje sobie z tego sprawę, sięga po wulgaryzmy. Nie pozwoli sobą pomiatać, bez względu na to, jakim ważniakiem jest rzekomy przełożony.
Hierarchia: Wojownik
Historia: Pochodzi z Yan'krel, ale w przeciwieństwie do zamieszkujących te tereny stad smoków, jego plemię ma najemniczą tradycję. Odłam, bo tak określiły ich inne, krzywo patrzące na postępowanie Turadu'Um plemiona, walczy po stronie tych Czarnych Smoków, u których zyskają najwięcej. Życie buntownika, pełne krwi i braku zasad, świadomość, że pozostali boją się powiedzieć coś wprost, gdzie zwycięzca bierze co chce - to wszystko odpowiadało Byronowi. Na przydomek Furia zapracował wyjątkową brutalnością. Jego temperament doprowadzał do licznych nieporozumień oraz walk z Głównym Du'Um, które z czasem stały się powszechną formą rozstrzygania sporów. Zasada ta nie obwiązywała tylko podlotka Głównego; młodzik pełnymi garściami czerpał z tego przywileju i drażnił Byrona, chcąc udowodnić swoją wyższość, a jego głupotę. Podczas jednego ze starć klanów, Furia skorzystał z zamieszania, masy cielski, morza lejącej się krwi. Dopadł niedorostka, złapał za kark i potężnym szarpnięciem wyrwał łeb wraz z kręgosłupem z reszty ciała. Była to charakterystyczna dla niego technika. Zbrodnia szybko się wydała, lecz kary uniknął. Potępienie z strony poszczególnych członków Odłamu nie obchodziło go w ogóle... Pogarda dla pobratymców, słabości, jaką okazali przy jakimś obrzędzie z truchłem syna Głównego Du'Um - ludzie zwą to pogrzebem - popchnęła Byrona do odejścia. Nie żałował tego nigdy, bo dlaczego żałować głupców zaślepionych sentymentalizmem? Opuścił Killinthor, by po kilkunastu latach powrócić w związku z umową zawartą z jakimś ludzkim śmieciem. Pech chciał, że owy robak zmienił całe jego życie... W pogoni za jakąś ułudą, siali pustoszenie w kraju do czasu, aż natrafili na Ordo Corvus Albus.