wtorek, 27 sierpnia 2013

Domysłów już dość

[Przedłużyło się jak cholera, ale wreszcie koniec mojego bycia-niebycia. Pewien fragment został dodany na życzenie exwspółautorki OCA, więc wszystko jest zgodne z polityką twórczości :) ]


  "Niektóre rzeczy są takie a nie inne z jakiegoś powodu. Na przykład... błędy. Potrafią dopiec jak mało co, prawie zawsze gorsze od kleszcza czy zaraźliwego chorubska. To prawda, tylko 'prawie'. Na ich podstawie się uczymy i, kto wie, czasami wynika z nich coś dobrego.  Jak to spotkanie. Gdyby nie błąd, nie było by śmierci. Gdyby nie było śmierci, nie byłoby życia. Nie byłoby pościgu. Znajomości z Byronem. Feralnego starcia w lesie. Utarczek z mieszkańcami zamku. Poznania całkowicie innego światopoglądu. No i pouczenia, że chamstwo bardzo nie popłaca... Zupełnie inaczej sprawy miały się z naturą gatunków. Na to wpływu nie ma: pies będzie żarł się z kotem, dobro ze złem, anioł z demonem, elfy z ludźmi czy krasnalami o lasy. Można spróbować żyć obok siebie, dostosować do drugiej strony konfliktu, jednak to 'ale' i tak będzie. Istna walka z wiatrakami... albo syzyfowa praca, jak kto woli..." - podrapał się za uchem w zadumie. Takie to myśli go nachodziły, gdy po turecku siedział na zimnej posadzce i zachodził w głowę, co zrobić, co powiedzieć, by jak najlepiej wypaść podczas sądu. Bo niewątpliwie wypaść dobrze musiał. Czuł  miętę przez rumianek, że rażąca większość Jeźdźców będzie chciała jego głowy - pewnikiem nadzianej na palu z dołączoną tabliczką z odpowiednio jadowitym napisem i wystawionej na widok publiczny. Może na najbliższym jarmarku?  Z głośnym stęknieciem począł wbijać ostre pazury w głowę, wściekły na samego siebie: "Ładnie to rozegrałeś, Faringer, nie ma co. Skarzą cię na śmierć. Nie myśl, że wrócisz do domu, będziesz tkwił w zwłokach do końca świata."
  - "Zaraz puszczę pawia..." - Głęboki ton ociekał sarkazmem. Byron przesunął łeb na łapach tak, by móc z obrzydzeniem patrzeć na Dinigona. Wciąż w kilku miejscach skuta zaklętymi łancuchami poczwara od kilku, jak nie kilkunastu, godzin tkwiła w najlepsze rozwalona na swojej części podłogi, do której dostępu zaciekle broniła podczas... wizytacji.
  - Czy ciebie naprawdę nie obchodzi, że możemy tu zginąć?! - Demon aż zadrżał. Tym razem nie z zimna, tylko ze złości.
  - "Jakoś... nie bardzo. W końcu mnie w to wrobiłeś."
  - Ja? Wrobiłem CIEBIE?!
  - "A kto pierwszy wyskoczył z umową, jak Du'Um z krzaków podczas rajdu?"
  - Ty zawszony...! EGRH! - Napiął się gniewnie, ale jedyne co zrobił, to machnął ręką i oparł brodę na pięści, zapatrzony w drugą stronę. - A żeby cię dżuma i inne tałatajstwa wzięły...
  - "I tu tkwi problem: ty nie wiesz, czego chcesz od życia."
  - Chce wrócić do domu.
  - "Jesteś pewny, że to jedyny powód?" - Zakpił, podnosząc się do siadu.
  - Filozof się znalazł... Jeszcze jakieś mądre rady?
  - "Ta, złap porządny wdech."
  Demon popatrzył na smoka z jawną złością, formułował ciętą ripostę. Ledwo otworzył usta już łykał własny język. Bezwiednie ciągnął kołnierz lnianej koszuli, za który ktoś energicznie szarpnął go do pionu. Domyślał się kto spośród poznanych osób ma wystarczająco dużą krzepę by ot tak sobie dźwignąć dorosłego mężczyznę, ale ani myślał potwierdzać swojej tezy. Równie dobrze mogła być to osoba jeszcze przez niego nie widziana. Nad tym też się nie rozwodził, zbyt pochłonięty łapaniem powietrza. Odkaszlnął kilka razy, nim pchnięto go brutalnie w stronę wyjścia, lecz przeszedł tylko kilka kroków. Zerknął przezornie na wymalowaną czerwoną farbą Pieczęć, do niedawna całą rozjarzoną i szczegółową, a teraz brzydko roztartą w jednym miejscu. Jedna ryska, a całe działanie zaklęcia poszło w diabły. Jaka szkoda...
  Na kilka sekund stulił uszy, uderzył buntowniczo ogonem po gołych kostkach i syknął pod nosem, rozdrażniony ponownym pchnięciem. Choć w gniewie zjerzył mu się nawet włos na rękach, uniósł dłonie na wysokość głowy. Chciał pokazać, że nic nie kombinuje, a przynajmniej nie tym razem. Uporczywie dźgany czymś ostrym między łopatki, posłusznie ruszył w stronę otwartych drzwi. Wzdrygnął się czując pod stopami znacznie zimniejszą posadzkę korytarza. Zanim pogoniono go w kierunku schodów, rzucił okiem do pomieszczenia, w którym parę chwil temu przebywał. Byrona prowadzono w ślad za nim. Kiwał się dość mocno w charakterystyczny dla siebie sposób, każdy jego krok dudnił, a mordercze kolce ogona raz po raz cięły powietrze. Czuł, że w tej bestii kipi zarówno gniew, jak i ciekawość. Uśmieszek niezdrowej wesołości prześlizgnął się po twarzy demona - gdyby Byron buntowniczo usiadł, nie ruszyłby go z miejsca nawet ten czarny smok od demonicy. A może zdołał by go przeciągnąć parę metrów? Tego nie dowie się nigdy...
  Pokonując kolejne stopnie marmurowych schodów, wpatrywał się w swoje bose stopy, z pewnością już nie grzeszące nieskazitelną czystością. Lewa, prawa, znowu lewa i znowu prawa. Dawno stracił w nich czucie...
  Jakieś światełko mignęło mu kątem oka. Jak długo szedł bezmyślnie, że nie zauważył okien? Z pewną i nieco podejrzaną przyjemnością zapatrzył się w bieluchną tarczę księżyca. Swego czasu posmakował różnorakich używek, ale żadna nie dała mu takiego efektu, jakiego doznał teraz ot tak: księżyc wydawał mu się najpiękniejszą rzeczą na świecie. Taki srebrzysty. Taki wielki i... taki okrągły.
  Otrząsnął się. Nagły powrót do rzeczywistości nie należał do przyjemnych. Irytujący okazał się też powód pobudki. I bynajmniej był znacznie bardziej denerwujący niż łażąca po nosie mucha, dodatkowo o poranku. Zastrzygł lekko uszami, wyczekując momentu, kiedy... Od razu przyśpieszył kroku i z cichym, bliżej nieokreślonym dźwiękiem instynktownie uciekł kręgosłupem do przodu, byle dalej od krótkiego i bolesnego ukłycia między łopatkami.
   - Jakiś ichniejszy fetysz, w mordę... - Burknął pod nosem.
  Mina mu zrzedła jeszcze bardziej, a uszy lekuchno opadły na boki, gdy idący pięć-sześć metrów za nim Byron gruchnął śmiechem, choć dźwięk bardziej przypominał prychanie zakatarzonego psa urozmajcone świstem wdychanego powietrza, tyle że jakby kto trochu to gardło ścisnął. Demon jednak też się uśmiechnął, w nosie mając energiczne dźganie, i postanowił nieco zabawić się w drodze na proces. Chyba mu niewinnych żarcików z  w ł a s n e g o  smoka nie zabronią, skoro za jakiś czas miał siedzieć bądź stać grzeczniutki i cichutki jak cnotliwa zakonnica na porannych modłach.
  - Byron, zamknij paszczękę, bo zaraz jaką  harpiską samicę przywołasz tym godowym jazgotem.
  - "Przynajmniej będę otoczony babami, nie to co tu..."
  - Nie wiesz, że patrzy się na JAKOŚĆ a nie na ILOŚĆ?
  - "Zabawić się dobra rzecz..."
  Demon nie wystrzymał i gwałtownie obejrzał się na smoka z wyrazem osłupienia na twarzy.
  - Nie wiem, czy chcę na to patrzeć. Tutaj mogą być dzieci... albo uczniowie, co też w pewnym sensie są dzieci.
  - "O zabijaniu mówię, idioto, a nie jakiś... perswazjach."
  - Perwersjach chyba.
  - "Jeden pies!" - Furia wykrzywił potężny pysk w brzydkim, pełnym okrucieństwa uśmieszku.
  - Konkurs na najpaskudniejszy uśmiech świata wygrałbyś z pazurem w nosie. A, jakby na to nie patrzeć, kichawę masz dużą...
  Stanowcze uderzenie, czy też delikatne upomnienie, wymierzone w głowę Dinigona ucięło całą wesołą rozmowę. Kiedy szedł wyznaczoną przez strażników drogą, demonowi przemknęło przez myśl, że Killinthorczycy - chociaż nie, nie Killinthorczycy. Tutejsi, znacznie lepiej. Przyszło mu na myśl, że tutejsi nie mają za grosz poczucia humoru...
 

  Za oknem znowu błysnęła srebrna tarcza księżyca. Z braku lepszej rozrywki, przywołał do siebie myśli, które od jakiegoś czasu błąkały się po brzegach jego świadomości. Czy oni na pewno chcieli jego straszliwej krzywdy? Gdyby tak było, cała ta szopka odbywałaby się za dnia, pewnikiem w południe, kiedy to słońce prażyło najmocniej. A wtedy Dinigon, szczególnie wrażliwy na światło, spłonąłby szybciej niż oblana olejem słoma. Za popełnione czyny i tak oberwie - za zatopienie statku, którym przypłynął do Cer'thanmor czeka go spora grzywna; szkody w Yan'krel raczej nie naprawi, właściwie to mogliby mu nawet dziękować, bo mają jedną oszalałą bestię mniej; częściowe spalenie Mor'salah i jednego kowalskiego terminatora, może być trudne, jeżeli nie niewykonalne do zrekompensowania, ale ma na to prawie całą wieczność; morderstwo karczmarza w Ferto, za co zresztą potem odegrały się na nim miejscowe pchły z tej zawszonej gospody; wybryki w Hiskish i wielu innych miejscach mieszczą się w dopuszczalnych granicach; napady na kupców nie liczą się, bo żaden nie ucierpiał - przynajmniej fizycznie. Ale było też pewne bardzo szczególnie zabójstwo, o którym może lepiej na sądzie nie będzie wspominał, a które w jakiś wnerwiający sposób piekło go w resztki sumienia.
  Westchnął mimochodem, lekko spuszczając głowę w zamyśleniu. Nie chciał tego, to był wypadek. I pamiętał go, jakby zdarzył się wczoraj, chociaż miał miejsce dawno temu...
  
  Od dobrych kilku minut siedział na nagrzanym od letniego słońca kamieniu i  studiował mapę. Próbował coś odczytać albo wywnioskować, ale pozbawiona znaków szczególnych okolica nie ułatwiała mu odnalezienia własnego położenia. Warknął pod nosem szpetne przekleństwo, po czym złożył i schował skradzioną mapę. Podrapał twarz w bezradności. Co to za papiór, który nie pozwala określić gdzie się w tym zapchlonym kraju jest?!
  Postawił uszy, jednocześnie zaprzestając namiętnego drapania czoła, jakiemu oddawał się od jakiś dwóch minut.
  Szmery, ale inne niż wszystkie. Byron? Wyleciał ledwo godzinę temu, a poza tym nie jest na tyle subtelny, by się skradać. Ba! Nie wiadomo nawet, czy z jego gabarytami to wykonalne. Może zwierze? Ale które podeszłoby tak blisko, skoro siedział pod wiatr? Myśliwy albo bandyta wydawał się najprawdopodobniejszą opcją.
  Chwycił oparty o skałę łuk, umieścił srebrzystą strzałę w siodełku, cicho acz pewnie przedzierał się przez zarośla. Czerwonawa, z szarymi prześwitami zbroja wbrew wszelkim wyobrażeniom nie podzwaniała, metalowe buty spisywały się nie gorzej od tych z jeleniej skórki. Brnął w gęstwinie dobrych sto metrów, nim ponownie usłyszał podejrzane szmery. Nieznacznie przyśpieszył.
  Machając lekko ogonem w ekscytacji, przyczaił się na skraju maleńkiej polanki i uważnie lustrował ją wzrokiem. Dojrzał przycupniętą pod drzewem postać, odruchowo naciągnął łuk. Postawił uszy w oczekiwaniu na jakąkolwiek reakcję z jej strony, ale takiej się nie doczekał. Otworzył oko, które przymknął podczas celowania i dokładniej przyjrzał się przypuszczalnej ofierze. Klęczała do niego plecami, szukała czegoś w wysokiej trawie rosnącej gęstym kępami pod dębem. Nosiła zielone spodnie wpuszczone w wysokie buty i jakąś...brązową bluzkę z półprzezroczystymi rękawami z jakiegoś zwiewnego materiału, a długie kasztanowe włosy zahaczały się o wszystko. Kobieta, szacując po zgrabnym tyłku.
  Mimo korzyści wizualnych, jakie czerpał z obecnej pozycji nieznajomej, zmarczył brwi. Kobieta. W lesie. Czemu sama? Na schadzkę nie czeka, bo do wsi za daleko, co najmniej siedem-osiem albo i więcej dni szybkiego marszu, z tego co pamiętał. Zasadzki sama nie urządzi. Zbieg? Ale ona sie nie chowa, tylko buszuje w trawie! Łowczynią też nie była, nie miała łuku. No cóż, może przynajmniej powie mu gdzie jest...
  Nie zastanawiał się dłużej. Naciągnął w pełni cięciwę i ostrożnie wychynął spomiędzy krzaków. Uszedł kilka metrów, aż uznał odległość za odpowiednią, wtedy przystanął i odchrząknął znacząco. Dziewczyna gwałtownie odwróciła się w jego stronę, jednocześnie biorąc szybki i gwałtowny wdech. Przywarła plecami do suchego pnia dębu, jakby próbowała możliwie najbardziej zwiększyć dystans między nią a łucznikiem. Wpatrywała się w niego wielkimi, czarnymi oczami pełnymi strachu i swoistego oburzenia. Demon przestał mierzyć w nieznajomą, powoli opuścił wciąż naciągnięty łuk. Uznał, że nie ma sensu zgrywać potwora, skoro za takowiego dziewczyna i tak go uważa.
  - Przeszkadzam? Chciałem tylko...
  Urwał, ucho uciekło gdzieś na bok. Podniósł wzrok i przez ułamek sekundy spoglądał prosto w paszczę pełną zębów. Porzucając na miejscu łuk i strzałę, rzucił się szczupakiem w stronę doskakującego przeciwnika, zręcznie prześlizgując się tuż pod nim. Wywinął fikołka, wylądował w przysiadzie twarzą w twarz z wrogiem. Po drugiej stronie polanki bojowo krążył bez wątpienia smok. Demon przyjrzał mu się w lekkim zainteresowaniem. Był znacznie mniejszy od Byrona, dość topornej budowy, łuski barwy bursztynu odbijały miejscami promienie słońca. Miotający się gniewnie ogon kończyły dwa wąsy z listkami na końcach, a czoło i rogi  gada usiane były kolorowymi plamami.
  Wojowniczy warkot przywołał go do rzeczywistości. Rzucił prędkie spojrzenie na porzucony w trawie łuk i strzałę, oceniając czy zdoła do niego doskoczyć nim stwór z lubością poodgryza mu kończyny. Sprzęt leżał mniej więcej między Dinigonem a smokiem. Nie da rady. Z niezadowoleniem przygryzł wargę, wciąż obserwując jaszczurę. Miał jeszcze jedno wyjście: jak powszechnie wiadomo, szczury pierwsze uciekają z tonącego statku...
  - Uspokój go! Ja chcę tylko porozmawiać! - Wrzasnął do dziewczyny z największą, wyreżyserowaną desperacją na jaką było go w tej chwili stać.
  Usłyszał szelest, spojrzał na smoka. Pobladł bardziej niż zwykle, bo gadzina wystrzeliła w jego kierunku. Stulił uszy i zacisnął powieki w oczekiwaniu na ostateczny cios. Poczuł jedynie lekkie miźnięcie łuski na policzku. Podniósł wzrok i zobaczył potężny łeb Byrona, w który wgryzł się bursztynowy jaszczur. Furia umyślnie nadstawił kluczową, jednoczesnie najbardziej opancerzoną część ciała. Z wściekłym rykiem szarpnął cielskiem na bok, ciągnąc ze sobą uwieszonego jego rogu smoka. Drzewa łamały się jak wykałaczki, kiedy mostra runęły w ścianę lasu. Nawet uszy demona więdły od kakofoni wrzasków, pisków, prychania i Bóg jeden wie jakich odgłosów rzezi jeszcze...
 

  Ucho, chyba obdażone większym rozumem niż jego właściciel, uciekło gdzieś na bok. Dinigon spojrzał w tę samą stronę i aż się wyprostował. Ściana z płaskorzeźbami. Figlarnie przekrzywił głowę, próbując rozszyfrować, kogo z przestawionych postaci zna; od razu rozpoznał demonicę od czarnego wielkoluda, znalazł się ten elf z temblakiem. "Ciekawe czy już jest na chodzie..." - pomyślał od tak, nie z troski czy jakieś sympatii do tego pozbawionego osłody życia będącej w rzeczywistości kłótliwością typka. Raczej z nudów. Otrząsnął się, mrauknął niepocieszony, że kilka osób pominął. Właściwie nie sądził by przegapionych spotkał, ale wypadało wiedzieć, jak wygladają. Tak dla własnego użytku. Skupił się na tych, którzy jeszcze zostali; spec od łamigłówek, oraz skrzydlaty krzykacz, na którego wspomnienie Dinigon nie potrafił się nie uśmiechnąć. Wesołość szybko znikła, gdy wypatrzył kogoś jeszcze, kto nie pasował mu do układanki.
  - Podczas mojej radosnej wegetacji w zamknięciu doszedł ktoś nowy? - Zagadnął, lekko wykręcając głowę do tyłu. Zamiast odpowiedzi, dostał w łeb, na co jęknął jak małe dziecko - Au! Już nie bij! Ciekawy byłem. Zapytać nie wolno...? - Prychnął po kolejnym uderzeniu. - Dobra, zrozumiałem przecież! Co za ludzie... - Westchnął zniecierpliwiony. Trzeciego uderzenia nie zdzierżył, stanął jak kobyła na środku drogi i, energicznie gestykulując, wydarł się, żeby go usłyszał nawet bóg. - Dłużej tego nie zniosę! Obrywam za pytanie, obrywam za wzdychanie, obrywam za nic! Tak nawet po Drugiej Stronie nie ma! Co to za kraj! Co to za świat! Gdzie ta sala sądowa, bo dłużej tego nie wytrzymam!
  Zacisnął pięści  i ruszył przed siebie wielkimi krokami, nie bardzo interesując się, czy zostanie po drodze zabity przez strażników, czy postrzelony w charakterze upomnienia.
  Byron cofnął łeb, zdezorientowany nagłym wybuchem swojego Jeźdźca. Pokiwał lekko pancernym łbem, wyjątkowo brzydko uśmiechnięty. Nie bardzo potrafił określić, czy demon jest wyjątkowo odważny czy niewyobrażalnie głupi, kiedy demonstruje takie zachowania. Nie był to co prawda pierwszy raz, z tego co wiedział, ale okoliczności były wtedy zupełnie inne.
  - "I to mnie ganił za nieprzejmowanie się obecną sytuacją..." - Zabuczał pod nosem i pośpieszył za uciekinierem, zachodząc przy tym w głowę, czy demony-mężczyźni miewają czasem odpowiedniki damskiej, comiesięcznej zgryźliwości.
 

  Dinigona siłą ustawiono przed masywnym stołem. Demon łypnął piwnym okiem na dwa elegancko zdobione krzesła. Ciekawiło go, dlaczego każde jest rzeźbione w inne elementy, ale nie pytał w obawie o następne uderzenie w głowę.
  Nagle poczuł znienawidzone uczucie w okolicy pasa, stanął  sztywno jak posąg. Tylko nie teraz, nie teraz...
  - No bardzo śmieszne... Wyobraź sobie, że siedząc w "pokoju skruchy", schudłem. - Burknął w odpowiedzi na chichoty strażników.
  Po ostatnim incydencie skuli mu nadgarstki. Nie bardzo mógł więc podciągnąć cudem jeszcze wiszące na biodrach brunatne spodnie. Wyginając do niemożliwości nadgarstki, przypadkiem zahaczył ostrym paznokciem za szlufkę. Dlaczego wcześniej nie zwrócił uwagi na ten drobiazg? Uśmiechnął się szatańsko, po czym machnął lekko parę razy stosunkowo cienkim ogonem. W swojej celi był zmuszony do nieustannego siedzenia na posadzce, która nijak nie absorbowała ciepła niezależnie od tego, jaka była pora dnia czy pogoda, dlatego niektóre części ciała miał wciąż nieco zdrętwiałe pomimo spacerku na salę sądową. Kiedy poczuł, że ogon wrócił do dawnej kondycji, zręcznie przewlekł go przez większość szlufek. Już nie musiał martwić się, że spodnie nieoczekiwanie spadną mu z tyłka.
  Nagły podmuch szarpnął ubraniami większości strażników. To  Byron bezceremonialnie legł na posadzce. Smok przeciągnął pazurami oraz kolcami ogona po podłodze, czemu towarzyszył zgrzyt był nie do zniesienia. Kilka chwil wiercił się, usiłując znaleźć dogodną pozycję wśród ograniczających go klamr i łańcuchów. Spojrzał z rządzą mordu na tego, kto za pomocą magii stworzył metalowe gniazda, do których następnie skrupulatnie poprzyłączano jego więzy. Drobny pióropusz ognia strzelił w powietrze, gdy gad prychnął zeźlony, po czym ułożył łeb na nadgarstach. Polityka go nie interesowała, uznał drzemkę za rzecz znacznie bardziej ciekawą.
  Dinigon ukradkiem rozglądał się po sali. Była większa niż pomieszczenia, które dotychczas widział. Nie tylko te w zamku, ale także na dworach i w posiadłościach różnych rodów szlacheckich, do jakich był zapraszany przez pierwsze lata marnej, ziemskiej egzystencji. Nie miała szczególnych ozdobników, w zasadzie wyglądała dość normalnie, pospolicie wręcz, a jednak w jakiś sposób się różniła. Demon przestał podziwiać przestrzeń za plecami, skupił się na tym, co miał przed sobą. I wtedy je zobaczył. Malowidło. Cała złość i irytacja wyparowały z niego jak za dotknieciem czarodziejskiej różdżki, choć nie wiedział za bardzo czemu. Wpatrywał się w nie jak użeczony, jak dziecko, które po raz pierwszy widzi coś tak banalnego jak tęcza, jeżeli już czerpać przykłady. Rycerza w lśniącej zbroi, turniej rycerski, jarmark wiosenny, spadającą gwiazdę, rodzinę królewską w karecie, sokolnika czy wypchanego niedźwiedzia-trofeum w karczmie. Tak patrzył na ogół dzieła, dopiero po chwili zaczął odbierać jego poszczególne fragmenty. Wydął z lekka usta w napadzie chroniczno-rasowego niesmaku w stosunku do świetlistej postaci kobiety. Przypuszczał, że to anioł. I to po środku. Przygryzł usta, walcząc z ciałem o nieujawnienie uśmieszku rozbawienia tą sytuacyjną ironią wiejskiego porzekadła - przynajmniej dla demona. Nie mógł nie przyznać, dzieło było dosłownym arcydziełem powierzchniowego kunsztu, ale ten anioł... "Po środku to niespodzianka po kotku" - pomyślał, gryząc wargi aż do krwi, wszystko, byleby się nie uśmiechnąć.
   Z trudem zjechał wzrokiem bardziej na bok. Przekrzywił głowę, z zainteresowaniem i zaintrygowaniem podziwiając różnych ras smoki, często o ciałach tak dziwnych gabarytów, że wręcz niemożliwych. Czarne, czerwone, niebieskie, zielone, pręgowane, pstrokate, rogate, rzec by można, iż łyse, opierzone, skrzydlate i nie, wielkie jak góry, małe jak palec, ogniste, wodne, leśnie, zwalistwe, wężowe i co tam kto sobie jeszcze zażyczy. Były fascynujące, i choć Dinigon żył sobie latek jak żył, nigdy by nie pomyślał, że takie gady istnieją. A może i nie istnieją i to tylko wymysł artysty? Kto tam ludzi wiedział, ocenił chłodno i rzucił okiem na drugą stronę obrazu.
  Jakby oblany kubłem zimnej wody spoważniał i wyprostował się w miarę możliwości; Boże, jakie te kajdany krótkie! Z uwagą studiował twarze mężczyzn i kobiet, którzy wydawali się lawiną zalewać tę część malowidła. Widział istoty różne: w większości elfy, ale też ludzi, te przesadnie blade to pewnie wampiry, anioły z białymi i czarnymi skrzydłami, driady, nimfy, potencjalne mieszańce, magów, wiedźmy, rycerzy, myśliwych, ale też osoby ubrane całkiem prosto na modę plebsu. Nagle zesztywniał, dostrzegł kilka postaci różniących się diametralnie acz minimalnie od reszty: jeden czerwonoskóry, rogate, skrzydlate lub ogoniaste. Demony.
  Stał jak wryty, zapatrzony w bliżej nie znany nawet jemu punkt na podłodze. Demony też tu były wspomniane? A co, jeżeli to kolejna iluzja malarza? A co jeżeli nie? Demony ramię w ramię z resztą trzódki tego świata. To takie  dziwne i upijające w ego. Idiotyczne i upierdliwe wręcz. Ponowne rzucenie okiem na obraz tylko utwierdziło go w niezbitym fakcie, że demony też są tam przedstawione, wplecione między inne rasy. Chcąc nie chcąc wpadł w należną głównie babciom melancholię i użalanie się nad sobą.
  - To ja nie muszę być zły...? - Szepnął ledwo słyszalnie.
  Byron szerokim łukiem przeciągnął łbem po posadzce, jakby mu ktoś doczepił do brody szmatę do zmywania podłogi, i popatrzył odpychająco na Dinigona. Słuchać to go nie słuchał, ale wyczuł jako tako jego grobowy nastrój. Miał podobny, kiedy rozczulał się nad definicją błędu.
  - "Ooo booożeee..." - Jęknął w połączeniu z pokaźnym ziewnięciem, wywracając przy tym ślepiami istne serpentyny sceptycyzmu. Huknął głową o podłogę, wykręcając się do Dinigona możliwie jak najbardziej. Melodramaty psychologiczne nie były jego ulubionym gatunkiem życiowym, podobnie jak sądowa dyplomacja. Praktykował nieco inną jej odmianę, ale że to Dinigon wpędził ich w to cholerne gówno, to niech się teraz martwi.
  Z demona uszło powietrze, przygnieciony ciężarem skruchy spuścił głowę, zbyt skupiny na kontemplowaniu własnych bosych stóp, by sprawdzić, czy w sali jest ktoś jeszcze prócz niego i straży, czy choć jedno miejsce przy stole kilka metrów od niego jest zajęte. Zaczął mówić, nie wiadomo do kogo konkretnie, siebie bądź potencjalnego obecnego?
  - Jestem jaki jestem. Demonem. Pośrednim co prawda, ale demonem. Nastroili mnie do zła i zwady, jak instrument do ładnego brzmienia. No cóż, takie życie... No właśnie, życie. Nie powinno mnie tu być, ba!, ja nawet nie zamierzałem i nie chcę tu być. Chcę do domu, do nieco eterycznego świata z metropolią i skałami, do swojego ciasnego mieszkanka, upierdliwych sąsiadów, przepychanek o hierarchię, do słuchania rozkazów, bycia na każde skinienie. Robię co mogę, by przywrócić naturalny porządek mojej egzystencji, zrobię wszystko, nawet jeżeli w większości przypadków jest to chroniczne zło. Czy mnie obchodzą konsekwencje? Nie, bo i po co... Ale teraz wiem, że nie koniecznie musi tak być. Zła się nie wyzbędę, bo to niemożliwe i przychodzi samo z siebie, jednak nie jestem skazany na samotne przewalanie świata, którego nienawidzę. Nareszcie nie jestem sam. Lecz ta skomplikowana współpraca wymaga ode mnie ofiary. Nie mam pojęcia czy jest tego warta, to mimo wszystko nie niweluje faktu, że muszę się zmienić. Tak w granicach rozsądku oczywiście. Nie interesuje mnie wkupywanie się w łaski innych czy błagania o wybaczenie, nie. Byrona z resztą też, jego mało co w sumie obchodzi poza mordobiciem. Jak każdy mam swoją dumę. I jak każdy popełniam błędy. Błądzić rzeczą ludzką, nawet połowicznie... o ironio.
  Westchnął potężnie, dochodząc do błyskotliwego wniosku, że jego gadanie i tak nie ma większego znaczenia na dłuższą metę, bo nie do niego należy decyzja co ze sobą zrobi. Przynajmniej nie tym razem. O ironio...

niedziela, 21 lipca 2013

Wyścig ukończony...

Świst wiatru w uszach, niegdyś najpiękniejsza pieśń jaką dane mu było posłyszeć i całkowicie w niej zatracić umysł, pieśń nad pieśniami, stał się bardzo odległym wspomnieniem. Nieznany szum zagościł w jego głowie.
Przeciągłe westchnienie i uderzenie skrzydeł...
Rozkojarzonym wzrokiem prześlizgnął po krajobrazie pod sobą. Smugi, zieleń i czerń, czasem nawet szarość. Co to jest? Głowa przechyliła się lekko na bok. Pytanie, zastanowienie, odpowiedź. Smugi. Co to jest...
...uderzenie...
Nieznacznie uniósł głowę, zobojętniałym wzrokiem ponownie zbadał przemykający wokół niego świat, przypominający dywan z pasm i pojedynczych smug. Każde z nich przetykało się chaotycznie, a jednak w jakiś sposób uporządkowanie. Mawiają, że wszystkie elementy, od drobnych po monumentalne, od oczywistych po nieodkryte, krzyczą. Ale to dzieło milczało. Zmęczony... tak bardzo zmęczony...
...uderzenie...
Zniosło go. Lewe skrzydło słabło, biło, gdy chciało. Gdy mogło. Stęknął w zaciętym boju z własnym ciałem, wszystek siły poświęcając na wygięcie kręgosłupa w prawą stronę. Rozedrgany krzyk desperacji wyrwał się z zdartego gardła, powietrze było niczym mur, kiedy mężczyzna usiłował wrócić na właściwy kurs. W oddali dostrzegł rozdwojony kontur strzelistej budowli, bielszej od kości słoniwej i najrzadszych pereł.
Bogowie, ależ ona piękna...
...uderzenie...
Z trudem godnym prób dźwigania truchła tytana otworzył powieki. Ciemniejsze i jaśniejsze plamy ołowiu przesuwały się pod nim zadziwiająco leniwie. Chmury. W osłabieniu oczy umknęły ku górze, nieoczekiwanie dostrzegając resztkami widzenia mdły zarys blanek śnieżnego muru, a za nim tysiące pęknieć w kostce brukowej. Plac.
Bogowie, jeżeli istniejecie, dodajcie mi sił. - pomyślał w determinacji.
Tknięty przypływem pozostałości dawnych sił i kondycji, stęknął z wysiłku i szarpnął lewą stroną ciała. Wykonał jedynie ćwierć obrót, zgrabnie prześlizgując się między białymi zębami muru. Lecz na więcej już go nie było stać.
Z głuchym hukiem uderzył w ziemię. Łokieć skrzydła, którym zakrył poszarpany bok oraz głowę, eksplodował bólem, gdy przyjął impet zderzenia. Powietrze ukmnęło z płuc ze stłumionym stęknięciem. Lecz pęd, wygenerowany podczas spadania, pchał go wciąż na przód. Do kolejnego uderzenia, kolejnego i następnego... Białe jak świeży śnieg zęby ujrzały światło księżyca, wyszczerzone w grymasie bólu, gdy tarł rozdartą klatką piersiową o bruk. Podjąszy próbę wstania, jęknął przeciągle, pod powiekami eksplodowała feria kolorowych ogników. Nie spoczął, wyciągnął przed siebie drżącą rękę i wbił stalowe pazury między kostki brukowe. Podciągnął się mozolnie, raz za razem, niestrudzenie prąc naprzód. Pełzał niczym największy na świecie robak, za którym nie ze śluzu a z krwi ciągnął się szlak.
W swe szpony pochwyciła go niemoc straszliwa. Ułożył głowę na ziemi, beznamiętnie zapatrzony przed siebie. Krew zalewała złote oczy, kiedy spływała szkarłatną siateczką po przystojnej twarzy. Światła świata powoli przygasały, mgiełka ciemności obgryzała jego obręby, aż pozostał ognik białego muru. Nie było już szumu w uszach, tylko przerażająca cisza, jakby rzeczywistość porzuciła swoje dziecię na postwę nicości. Podróż straciła na znaczeniu. Poczuł się stary, zbyt zmęczony, aby ciągnąć ten dramat. Wypuścił ostatni dech...
Nieokreślone charknięcie pomknęło w noc, zaraz po nim przyśpieszone sapanie. Łuskowate wargi wygięły się w wyrazie ulgi, gdy leżącym w smoczej garści bezwładnym ciałem szarpnęły nowe siły. Odjęła pazur od twardej od mięśni klatki piersiowej anioła, aby drobne wyładowania elektryczne już nie szarpały sercem, jak wygłodniałe psy rozrywają kawał mięsa. Mężczyzna wbił w nią umęczone spojrzenie, skryte za gadzią osłoną, która z braku sił nie schowała się pod powieką.
- "Nie wypada umierać w samotności, panie nieustraszony." - Posłała mu nerwowy uśmieszek, nieudolną próbę rozładowania pochmurnych emocji.
A on tylko patrzył, nic nie rzekł. Zaniósł się krwawym kaszlem. Smoczyca troskliwie usadziła go na bruku, lecz wciąż opierał się plecami o jej łapę. Podniosła świetliste ślepia na śnieżnobiałą twierdzę, u stóp której jej ukochany chciał zamknąć oczy. Tak daleko dotarli, taki szmat świata, metry dzieliły od potężnych drzwi... Ale nie przebędą ich. Zbyt odległe, nieosiągalne. Sama nie zamierzała ich przekraczać, obiecała sobie, że już nigdy nie zostawi anioła w potrzebie. On nie był w stanie funkcjonować, jego życie upływało z każdą kroplą krwi, której szerokie strugi spływały między smoczymi szponami...
Panika zapuściła w sercu swe ociekające toksycznym sokiem żelazne korzenie, gdy umartwione spojrzenie nie odnalazło źródła obaw. Anioł zniknął. Miotała się na wszystkie strony świata, lecz dopiero wdepnięcie w coś morkego opanowało histerię i usadowiło racjonalność na tronie świadomości. Pochyliła łeb, nozdrza wypełniła ostra woń krwi. Lecz nie to było najważniejsze. Drobniuteńkie błyskawice, nieustannie przecinające się na całej długości smoczego cielska, chybotliwie oświetliły szkarłatny maz. A za nim następny, każdy o specyficznym kształcie.
- "Ty wariacie..." - Warknęła z mieszanką wściekłości i całej gamy obaw, w jednej chwili pojmując wszystko.
Kilkoma susami pokonała nieskończony dystans dzielący ją od wrót zamczyska. Jedno skrzydło drzwi było otwarte. Ostrożnie położyła szponiastą łapę na progu, kilkukrotnie i lekko dotykając go nim stanęła z należnym swoim gabarytom ciężarem. Obróciła zdobną w rzędy rogów głowę w bok, skupiając uwagę na wiszącym na klamce mężczyznie. Anioł wypuścił z palców żelazną kołatkę i zjechał po drzwiach do pozycji siedzącej. Oparł brodę na piersi, pozbawione sił ręce spoczęły rozrzucone na udach, a potężne skrzydła leżały bezwładnie na posadzce, zbierając z niej wszelki kurz. Poczuł na sobie ciepły powiew smoczego oddechu oraz delikatny zapach ozonu. Mrużąc jedno oko, wzrokiem ciągnął głowę ku górze, a gdy zetknęli się ze smoczycą wejrzeniami, spękane i wyblakłe usta wygiął w namiastce uśmiechu, także złote tęczówki błysnęły uglą na tle ciemnych sińców. Blada jak kreda twarz o ostrych rysach naznaczona była dziesiątkami drobnych, krwawiących ran, co czyniło z niej bardziej maskę, niż lico.
- Oto koniec naszej...
Nie ukończył zdania, zanosząc się krwawym kaszlem. Za każdym spazmatycznym szarpnięciem ciała, z głębokiej rany klatki piersiowej i boku wypływały kolejne kaskady posoki. Smoczyca bezradnie patrzyła na to, rozdarta między wątpliwościami i współczuciem, jednocześnie niezdolna do poruszenia się, sparaliżowana strachem. Nagłym zarzuceniem łba uwolniła swój żal, przelewając go w przeciągły, pełen szumów i wizgów ryk, który pomknął dzikim echem przez korytarze zamczyska. Pozostało jej jedynie skulić się obok anioła i modlić, by ktoś usłyszał jej wołania...




 
Autor: LeafOfSteel
Imię: Morgan
Nazwisko: eb Mara
Wiek: Około 84 lat
Rasa: Upadły Anioł
Płeć: Mężczyzna
Wygląd: Większość ludzi najpierw skupia uwagę na czarnych skrzydłach, których imponujące rozmiary i drzemiąca w nich siła wykształciły się przez ciągłe użytkowanie. Jak większość Aniołów jest wysoki i pozbawiony choćby śladowych ilości tłuszczu, a dość okazała muskulatura to owoc lat ciężkiej pracy. Niezdrowo bladą, jakby wyciosaną z alabastru twarz okalają włosy ciemniejsze od najgłębszej otchłani, spływające gładko do połowy pleców. Złocistym oczom o zielonkawych refleksach gadziego wyglądu bardziej niźli pionowa źrenica nadaje przezroczysta osłonka, która chroni je przed niszczącym działaniem czynników atmosferycznych podczas szybkich, akrobatycznych lotów. Ręce na całej długości pokrywają rozmieszczone w równych odstępach strupy. Morgan nosi się osobliwie: całe ciało szczelnie kryje swego rodzaju uniform z pasm dziwnego, czarnego materiału; dwa wzorzyste płaty spływają gładko od bioder aż do ziemi, talia przepasana jest długą czerwoną szarfą, tajemniczy metalowy element wtopiony w skórę w okolicy karku to w istocie osobliwy magiczny mechanizm, dzięki któremu może uczynić skrzydła niewidocznymi. Niestety, w wyniku tarcia o bruk podczas niefortunnego lądowania, uniform Anioła uległ zniszczeniu, szczególnie na klatce piersiowej, gdzie wisi niemalże w strzępach.
Charakter: Natura uczyniła go istotą gniewną i mściwą. Ukojenie dla palącej duszy odnalazł w szkoleniu, stając się odrobinę spokojniejszym, roztropniejszym. Nie wypleniło to jednak silnej żyłki ryzykanta; nieograniczona miłość do podniebnych rewelacji jest zbyt silna, aby ot tak zrezygnować z rozkoszy wyzwań. Jeżeli wyznaczy sobie cel, zdolny jest do absurdalnie wielkich poświęceń. Szanuje każdego, nawet wroga, lecz w szczególności kobiety.
Umiejętności: Perfekcyjnie radzi sobie w powietrzu; biegłe wyszkolenie w walce wręcz; zaawansowana umiejętność posługiwania się nożami; możliwość podnoszenia znacznych ciężarów; znajomość sztuk katowskich, a także języka eptyjskiego oraz killinthorskiego na poziomie względnie komunikatywnym. Całkowita izolacja jego ojczyzny względem reszty świata sprawiła, iż jest podatny na choroby.
Broń: Noże do rzucania oraz "Stalowe Rękawice" - dziwny wytwór ciała, który zaistniał po Połączeniu ze smokiem.
Hierarchia: Skrytobójca, Zwiadowca
Historia: Pochodzi z Epty - tajemniczego skrawka lądu daleko na południu, będącego na każdej mapie pustką, gdyż eptyjska Flota zaciekle strzeże jego granic. Wychowywany przez surowego ojca, tak jak on został skrytobójcą. Życie upływało na bezustannym szlifowaniu umiejętności, niekiedy urozmaicane drobnym zleceniem, choć nie wszystkie tyczyły się likwidacji calów. Podczas jednej z takich misji napotkał smoczycę, z którą został związany w sposób dziwny, rzec by można sztuczny. Po dziś dzień Anioł i smoczyca obwiniają siebie nawzajem za ten wypadek, za przymusową banicję. Żadne nigdy nie opuszczało Epty, gdzie czuli się panami, a teraz zostali wrzuceni w paszczę świata, który ich mocno dezorientuje i niechce. Do domu jednak wrócić nie będą mogli nigdy, nad czym serca obojga lamentują jednym głosem.






Autor: Adalfyre
Imię: Illuminara
Przydomek: Burzowa
Wiek: Tego nie wie nikt
Płeć: Samica
Rasa: Smok Burzy
Wygląd: Cała pokryta łuskami barwy ołowiu. Na brzuchu i szyi zdają się być popękane, wypełnione pulsującym różowo-fioletowym światłem, którego przebłyski widać za licznymi rogami na łbie. Gardło oraz grzbiet chronią długe acz cienkie kolce. Rozjarzone różem ślepia smoczycy pozbawione są źrenicy, ale nie trudno poznać, gdzie w danej chwili patrzy. Silne skrzydła o błonie nieprzepuszczającej światła umożliwiają lot w trudnych warunkach pogodowych.
Charakter: Obdarzona niebagatelnym temperamentem oraz dumą należną dzikiemu smokowi, swą wredotę okazuje gdy tylko to możliwe. Pomimo wieku zachowała niezdrowe zamiłowanie do strojenia sobie żartów z kogo popadnie, a nawet pokątnego polowania na sojuszników bez zwracania uwagi, czy sytuacja jest po temu adekwatna. Ofiarą tychże zabaw najczęściej pada sam Jeździec, którego obarcza winą za Połączenie i wygnanie z ojczyzny. Smoczyca nierzadko reaguje tylko na argumenty siłowe, a zdobycie jej serca przypomina samotny szturm na twierdzę z lodu i egoizmu. Lecz pomimo tylu wad, miewa przebłyski współczucia.
Umiejętności: Doskonale radzi sobie w powietrzu; w walce korzysta ze zdolności rasowych, do których należy przywoływanie błyskawic oraz burz; niewielkie ładunki elektryczne nieustannie przemykają po ciele smoczycy, co utrudnia dosiadanie jej; zna język eptyjski, a z killinthorskim wciąż miewa problemy.
Zdolność specjalna: Przybieranie formy błyskawicy dla szybszego poruszania się bądź miejscami pokrytej łuskami, rogatej kobiety.
Hierarchia: Wojownik.
Historia: Podobnie jak Morgan, przyszła na świat na Epcie, jednak nie wie o niej tak wiele, jak Jeździec. Na rodzinnej jaskini zaczynał i kończył się jej świat. Nigdy nie zamierzała pogodzić się z ogólnie przyjętymi przez eptyjskie smoki zasadami, chciała czegoś więcej. Nie sądziła, iż napotkanie pierwszego w życiu skrytobójcy odciśnie na niej tak wielkie piętno. Ucieczka z Epty kosztowała ją wszystko co miała i znała, w zamian otrzymując znienawidzonego po dziś dzień mężczyznę, który ogranicza ją na każdej płaszczyźnie życia... Połączyła ich dezorientacja nowymi światami, a rozdzielił sztorm. Rzuceni samotności na pożarcie, osobno pędzili na północ, w bliżej nie zrozumiałym pościgu za snami.


poniedziałek, 17 czerwca 2013

Meredith de Nā'iṭa

Podobizna mojego autorstwa.
 
Meredith de Nā'iṭa
Zwana także Judytą, bądź Dith.

Kobieta - Człowiek
Urodzona 22 wiosny temu.

    Pozornie delikatna, krucha i niewinna. Niektórzy twierdzą, że wygląda na próżną i niezbyt mądrą. Średni wzrost i szczupła sylwetka sprawiają, że nie wychyla się ponad innych. Za to jej nietypowa, aż nazbyt blada cera, przyciąga wzrok, szczególnie w połączeniu z ciemnorudymi, sięgającymi łopatek włosami. Kości policzkowe oraz nos ma naznaczone delikatnymi piegami, które stają się ciemniejsze, a co za tym idzie - bardziej wyraźne, gdy zostaną wyeksponowane na działanie promieni słonecznych. Ponadto, Meredith ma tendencję do rumienia się w kłopotliwych sytuacjach, czego nienawidzi.To, co większość dostrzega dopiero po dość długim czasie znajomości, to zielone oczy, idealnie współgrające z rudymi refleksami.


   Na ogół cicha, niewyróżniająca się z tłumu. Woli siedzieć na uboczu i obserwować poczynania innych, aniżeli mówić bez potrzeby. Prędzej coś zrobi, niż powie, że ma jakąś potrzebę czy zachciankę. Zaradna i sprytna na tyle, by poradzić sobie w pojedynkę. Życie w samotności sprawiło, że brakuje jej ciepła i uczucia od innych, niekiedy podświadomie szuka go, albo nawet wymusza. Nie zdradza wszystkiego, co myśli, i nie zawsze robi to, co mówi. Estetka. Jest bardzo opanowana i nie łatwo ulega wpływom. Aczkolwiek można z nią dojść do kompromisu, potrafi się nawet dostosować, jeśli uważa to za słuszne. W stosunku do obranej idei jest lojalna, a władzy wyższej zazwyczaj podporządkowana. 
   Trudno zdobyć jej zaufanie. Nawet jeśli druga osoba odnosi takie wrażenie, to niewykluczone, iż jest w błędzie. Lecz ci, którym naprawdę się udało, wiedzą, że Meredith uwielbia się śmiać, czasem nawet wtedy, gdy wszystko się wali i sypie, ona potrafi poprawić humor, wysłuchać, niekiedy udzielić rady, czy pomóc w jakikolwiek inny sposób.
  Fascynują ją świat dookoła. W szczególności ludzie i część zwierząt. Mogłaby godzinami przypatrywać się takowym i snuć przeróżne historie oraz teorie - dlaczego jest tak, a nie inaczej. Jedynym tematem, którego unika w swych rozmyślaniach, jest samotność. Nie lubi zaprzątać sobie nią głowy, woli pójść w tłum i znaleźć sobie towarzysza, choćby tylko na chwilę.
   Uwielbia noc i gwiazdy. I truskawki, które jadła tylko raz w życiu - z resztą, ukradła je. W głębi duszy jest dość wrażliwą osobą i łatwo ją zranić. Wystarczy, że ma gorszy dzień. Zamyka się wtedy w sobie, siedzi cichutko, pogrążona we własnych myślach.


    Nie posiada jakichś specjalnych umiejętności. Niegdyś próbowała swoich sił w magii, jednak kompletnie jej nie wyszło. Chciałaby nauczyć się strzelać z łuku - osoby, które posiadły tę sztukę są dla niej wzorem do naśladowania. W ostateczności potrafi użyć sztyletu, z którym niemal nigdy się nie rozstaje.

   W hierarchii zajmuje miejsce zwykłego członka.

~*~

   Dwadzieścia dwie wiosny temu, w pewnym mieście nad brzegiem morza, przyszła na świat Meredith. Jej matka zmarła tuż po porodzie. Trafiła pod opiekę babki, którą Dith także utraciła, gdy ukończyła dwanaście lat. Od tamtej pory radziła sobie sama, z drobna pomocą staruszka Ganfarda, jej dobrego znajomego, kupca. Ojca nie miała - ulotnił się, zanim Dith przyszła na świat. Ponoć był Banglijczykiem, wędrowcem, który poznawał świat z pokładu swej dumnej łodzi, zwanej pieszczotliwie "Misti", co oznaczało, po prostu "Słodka". W bengalskim przypominało to dziwne zawijasy. Dith widziała kiedyś ten symbol. Przypominał jej węża pnącego się po kracie. Widziała też swoje nazwisko pisane w oryginale - ono z kolei nie przypominało niczego, co dziewczyna znała. Nā'iṭa. Ponoć oznaczało "noc". A przynajmniej tak mówił Ganfard, handlarz przyprawami, który niegdyś gościł w rodzinnych stronach ojca Meredith i tam miał okazję poznać kilka słów po bengalsku. 
    Pewnego dnia, niemal pół roku po ukończeniu dwudziestego pierwszego roku życia, gdy dziewczyna szła na targowisko, zauważyła, jak z konnego wozu wypadła niewielka skrzynia. Krzyczała za woźnicą, by się zatrzymał. Niestety, nie usłyszał. Pierwsze, co przyszło Dith do głowy, to zostawić pakunek i kontynuować podróż na targ. Mężczyzna wróci, jeśli ta rzecz okaże się ważna. Jednak Meredith zauważyła coś intrygującego na wieku skrzyni. Symbol ড্রাগন. Rozpoznała język ojca, toteż zabrała pudło ze sobą. - jak na swoje gabaryty, gdzie mógł zmieścić się dorosły kot, było wyjątkowo lekkie. Zaufany handlarz przetłumaczył ów symbol.
 -
Ḍrāgana. - Osądził, zdejmując okulary. - To po bengalsku "smok".
   Razem otworzyli przesyłkę. Ku ogromnemu zdziwieniu obojga, odkryli w środku smocze jajo.
   - Myślisz... że jest prawdziwe? - Dziewczyna uniosła wzrok znam jaja, by spojrzeć na staruszka. Ten pokiwał powoli głową.
   - Mhm... Widziałem kiedyś smocze jajo, gdy zwiedzałem Daleki Wschód. - Po tych słowach zniknął na zapleczu. Wrócił z opasłym tomiszczem, oprawionym w skórę. Położył księgę na blat, starł z niej kurz i odszukał stronę, na której widniała podobizna jaja identycznego, jak znalezione. - To pewnie to. Zostało opisane jako... - Tu przetarł i nałożył okulary. Zmarszczył brwi. - Nieznane.
   Nieznane. Tylko tyle widniało na stronie z ilustracją jaja. Rasa: nieznana. Charakter: nieznany. Moce: nieznane. Wygląd: nieznany. Tykająca bomba, która, gdy wybuchnie, da nieoczekiwane skutki. Być może fatalne.
   - Co mam z tym zrobić? - zapytała, wlepiając wzrok w znalezisko.
   - Rozbić, wyrzucić. Żeby nie wyrządziło szkód. - Orzekł krótko, chowając księgę pod ladę.
   Jednak Meredith zbyt przejęła się smoczym jajem. W swojej kryjówce, a jednocześnie skromnym mieszkaniu, na strychu opuszczonej księgarni, gdzie nikt nie zaglądał, obmyślała przeróżne historie na temat wędrówki maleństwa. Czy przybywało aż z Dalekiego Wschodu? Jeśli tak, to jaką drogę przebyło? Zostało znalezione, czy... oddzielone od matki?
   Korzystając z zasobów starej księgarni, przewertowała dziesiątki książek o smokach i legendach. W jednym ze zbiorów natrafiła na smocze zakony. Spis był stary, postanowiła więc sprawdzić informacje w innych źródłach: księgach, pamiętnikach, relacjach z wypraw podróżników. Tak doszła do wniosku, że jedynym funkcjonującym wciąż zakonem, który został wymieniony w spisie, jest Ordo Corvus Albus.
   Nie mając nic do stracenia, postanowiła udać się tam razem z jajem.

   W ciągu miesiąca zgromadziła odpowiednie zapasy i wraz ze zdobyczą udała się w podróż z karawaną kupiecką. Następnie towarzyszyła pewnemu magowi, który był wyraźnie zaintrygowany niewyklutym jeszcze smokiem. Gdy tylko Meredith zorientowała się, że staruch chce ukraść jajo, uciekła, zabierając przy okazji część jego zasobów - głównie jedzenie. Mając ze sobą księgę ze spisem oraz mapami, dotarła do jakiegoś miasta portowego. Zatrzymała się tam na dwa tygodnie, by uzupełnić zapasy i zdobyć pieniądze na przeprawę morską do Killinthoru. Na nowej ziemi, wędrowała przez góry z dwoma poszukiwaczami przygód. Odeskortowali ją w pobliże wymienionego w spisie Corvus Albus.

Rozpoczynając wątek z pierwszym, który zaczepi Judytę:

    Siedziba była ogromna. Meredith podziwiała każdy szczegół. Istny cud świata w porównaniu z zadupiem, w jakim przyszło jej spędzić dwadzieścia lat marnego życia. Dzierżąc w dłoniach skrzynię z jajem, Dith rozglądała się dookoła, szukając kogokolwiek, kto pomógłby jej ze znaleziskiem. Swoją drogą, jajo stało się cięższe w ciągu tych kilku miesięcy. Znacznie cięższe. O ile wtedy ważyło może półtora kilograma, teraz przewyższało tę wartość pewnie trzykrotnie. A wzrost wagi zaczął się jakieś... dwa tygodnie temu. Co takiego się działo? - Dith nie miała pojęcia. Wyczerpana podróżą i noszeniem bagażu, usiadła na pobliskim murku, ustawiając skrzynię między swoimi stopami. Obok był jakiś plac, chyba pole ćwiczeń. Ale nikogo nie było. A ogromne wrota były zamknięte. Czyżby zamknęli zakon i przebyła tyle drogi na marne? Przydałby się nocleg. I coś do jedzenia, bo zapasy się kończą. Dziewczyna odczepiła od pasa sakwę i zaczęła przeliczać tych parę groszy, które jej zostało po podróży. Pieniądze i tak na nic się nie zdadzą, dopóki nie odnajdzie żywej duszy w tym zamczysku.

niedziela, 16 czerwca 2013

Misje II.

Do roboty :)

Data zlecenia: 15.10.2015
Zleceniodawca: Aston, łowca nagród.
Tytuł misji: Ragok
Treść misji: Witajcie. Zwą mnie Aston, jestem łowcą nagród z Ferto. Mnie i moją kompanię przywiodła tutaj wieść o świetnej propozycji. Wysoka sumka czeka na tego, kto ubije Ragoka - górskiego trolla, wyjątkowo uprzykrzającego życie mieszkańcom wioski Taletto. To te cztery domki na krzyż otoczone ostrokołem, naprzeciwko Aterii, po drugiej stronie rzeki. Skąd gospodarz zdobył tyle złota na nagrodę - nie wiem. Ciekawa, acz mało istotna to dla nas kwestia. Niestety, niebezpieczeństwa podróży wytrzebiły większość kamratów, niech im ziemia lekką będzie. Została nas dwójka, zbyt mało, by pokonać trolla mierzącego 13 stóp. Nie chcemy wracać do domu z niczym. Jeśli nam pomożecie, obiecujemy równą część nagrody. Aston
Wykonawcy: -&-
Data wykonania: -
Post: -

Data zlecenia: 15.10.2015
Zleceniodawca: Wolmer Haton, student z Kohiry.
Tytuł misji: Student w potrzebie
Treść misji: Chwała wam, Władcy Niebios, Wiatru Skrzydła! Z góry winien jestem przeprosiny, bądź co bądź zwracam się z prośbą błahą dla świata, jednakże dla mnie kluczem do przyszłości będącą... Wolmer mnie zwą. To już trzy lata będą, jak studiuję o stworach wszelakich świata tego. Wypełniłem już trzy z czterech zadań, jakie profesor mój naczelny Pelandar Haz mi zlecił, bym wreszcie pierwszy z tytułów otrzymał. Pozostało mi ostatnie, wielce kłopotliwe. Mam analizę harpii poczynić. Harpie tylko w górach żyją, to pół Killinthoru drogi. A muszę jedną dojrzeć, by w pełni być pewnym co do słuszności słów książkowych. Jednakowoż na marno pójdzie mój wysiłek, kiedy to harpia mnie swymi szponami na miejscu rozedrze. Biedny jestem, na konia nie stać, a co dopiero na najemnika... I tak już podróż na dziko przyjdzie mi przejść, to tu to tam się zaciągając, bądź chowając po wozach na gapę... Wieść o zakonach co i rusz przebrzmiewa, zdecydowałem spróbować, szlachetni. Niech któryś z was będzie mi towarzyszem, proszę. Zagwarantuję moją dozgonną wdzięczność, ba, rozniosę wieść po uniwersytetach, cała katedra bardów będzie o was śpiewać! Jeśli ktoś z was zgodzi się pomóc, proszę, niech wyśle do mnie list. Gdy go otrzymam, rzucam wszystko i jakem jest, tak wyruszam. Wolmer Haton
Wykonawcy: Trivl'aan&Arsi
Data wykonania: -
Post: -

Data zlecenia: 15.10.2015
Zleceniodawca: Garanda, mieszkanka Wento.
Tytuł misji: Kłopotliwe gnomy
Treść misji: Witajcie członkowie Ordo. Wiele dobrego o was słyszałam i dlatego postanowiłam poprosić was o pomoc. Mieszkam w małej wiosce Wento położonej u podnóża Średnich Gór Yiale. Wiele lat żyliśmy w spokoju wiodąc proste życie uprawiając rośliny i hodując trzodę. Niestety od kilku sezonów mamy wiele problemów. W opustoszałych jaskiniach, które znajdują się niedaleko, zamieszkała grupa gnomów. Z czasem sprowadziły się ich rodziny dając ewidentnie znak, że zamierzają sie osiedlić na stałe. Mieszkańcy wioski od początku przyjaźnie odnosili się do przybyszów, jednak bez wzajemności. Gnomy uprzykrzają nam życie. Przepędzają każdego, kto zapuści się w pobliże ich terenów, przeganiają nasze owce, a zdarza się nawet, ze zabierają nasze plony. Wszelkie próby pojednania spełzły na niczym i jedyna nadzieja jest w was. Co rok sytuacja staje się coraz gorsza do zniesienia i nie widzimy dalszej przyszłości dla siebie. Jak tak dalej pójdzie, będziemy musieli opuścić wioskę. Proszę, pomóżcie mi i wszystkim mieszkańcom. Nie chce opuszczać domu, są tutaj wszystkie moje wspomnienia, a piękno okolic i urodzajność ziemi sprawiły, że chciałam zostać tutaj do końca moich dni. Jeszcze raz proszę was o przychylne spojrzenie na mój list. Czekam niecierpliwie na wasze przybycie.
Wykonawcy: -&-
Data wykonania: -
Post: -

Data zlecenia: 15.10.2015
Zleceniodawca: Azenor
Tytuł misji: Mistrz kości
*Może być wykonana przez Uczniów.*
Treść misji: Atero dori, Jeźdźcy Smoczy, przeto ja, Azenor zwany Sprytnym, rzucam wam wyzwanie! Przemierzam landy przeróżne, w poszukiwaniu przeciwników, co to odważą się w pokera kościanego ze mną zmierzyć. A to dla rozrywki, a to dla rozniesienia wieści o moim geniuszu. Odważycie się? Założę się, że niejeden z hazardu żyłką za tymi murami dycha. W karczmie "Pod Górskim Gnomem" będę, to ta najbliżej północy (świetną orzechówkę mają), tuż przy dziczy samej. Poznacie od razu, w środku zbiegowiska będę, he he! Sakwy pełne złotego przynieście, na gałązki to ja nie zwykł grać!
Wykonawcy: -&-
Data wykonania: -
Post: -


Za pomyślnie wykonaną misję para otrzymuje wynagrodzenie pieniężne, które zostaje przekazane przez kogoś ze Starszyzny (pieniądze są przysyłane przez Związek Smoczych Wojowników, który przydziela pensje po okazaniu raportu z misji).

*Członkowie Ordo Corvus Albus, którzy ukończyli pełne szkolenie chyba, że w treści misji zaznaczono inaczej.